30 marca 2015 roku
poczta
zaloguj się
 
Poczet Lekarzy
medycyna praktyczna dla pacjentów

Ginekolog Zielona Góra

Parametry wyszukiwania:

 Wszyscy  A B C Ć Č D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W Y Z Ź Ż

Wyniki wyszukiwania

   Dalej »
   Dalej »

Poczet Lekarzy zawiera wyłącznie wizytówki stworzone przez lekarzy. Jesteś lekarzem i nie ma Cię w bazie: stwórz wizytówkę!

Przeczytaj też

  • Ciężarne nie wiedzą o prawie do bezpłatnych wizyt położnej
    Ciężarne mają prawo do bezpłatnych spotkań z położną – jednego tygodniowo po 21 tyg. ciąży i dwóch tygodniowo od 32 tyg. ciąży – przypominają ekspertki, dodając, że wiele pacjentek o tym nie wie.
    Więcej

    Ciężarne mają prawo do bezpłatnych spotkań z położną – jednego tygodniowo po 21 tyg. ciąży i dwóch tygodniowo od 32 tyg. ciąży – przypominają ekspertki, dodając, że wiele pacjentek o tym nie wie.

    Opinię taką wyraziły w piątek konsultantka krajowa ds. pielęgniarstwa położniczego i ginekologicznego Leokadia Jędrzejewska oraz prezes Polskiego Towarzystwa Położnych dr hab. Grażyna Iwanowicz-Palus, które uczestniczyły w spotkaniu dotyczącym drugiej edycji konkursu „Położna na medal”.

    – Kobiety w większości nie mają świadomości, że mogą korzystać z finansowanej przez NFZ opieki położnej podczas ciąży. Często zapisują się do szkół rodzenia, nie zawsze prowadzonych przez osoby posiadające właściwe kwalifikacje, płacąc za to znaczne kwoty – mówiła Jędrzejewska.

    Warunkiem skorzystania z porad położnej jest, jak wskazywała, skierowanie lekarza ginekologa sprawującego opiekę nad kobietą ciężarną. Jej zdaniem lekarze zbyt rzadko kierują pacjentki do położnych. W jej ocenie brakuje informacji – np. plakatów i ulotek na ten temat w przychodniach i szpitalach, dlatego kobiety nie upominają się o taką możliwość.

    Jędrzejewska podkreśliła, że spotkania z położną mogą być niezwykle cenne dla młodych matek – pozwalają zdobyć wiedzę o przebiegu ciąży, porodzie – np. możliwości opracowania jego planu, oraz o połogu, a także uspokoić ewentualne obawy ciężarnej i umożliwić poznanie położnej.

    Oceniła, że warto byłoby opracować jeden wzór karty przebiegu ciąży (obecnie jest dowolność w tym zakresie, ale trwają prace nad ujednoliceniem dokumentacji), zawierający rubrykę o skierowaniu do położnej.

    Ekspertka przypominała, że kobieta ma prawo do opieki położnej także po porodzie, w ramach tzw. wizyt patronażowych. Położna ocenia podczas nich m.in. stan dziecka, służy radą w sprawach dotyczących pielęgnacji malucha.

    – Przepisy w zakresie opieki położnej nad kobietą przed porodem, w jego trakcie i po nim, są doskonale skonstruowane, czasami szwankuje jednak praktyka – oceniła Jędrzejewska.

    Wskazała w tym kontekście – powołując się na wyniki badań w placówkach medycznych – że tylko 20% kobiet posiada tzw. plan porodu.

    Konkurs „Położna na medal” będzie w tym roku organizowany po raz drugi. Kandydatki do drugiej edycji konkursu można będzie zgłaszać od 1 kwietnia do końca roku. Konkurs ma charakter ogólnopolski.

  • Lepiej późno niż wcale
    „Dlaczego niektóre szpitale nie chcą znieczulać rodzących? Czy chodzi o zbyt niską wycenę porodu i brak zróżnicowania na znieczulany lub nie?” – pytaliśmy w wywiadzie opublikowanym na portalu Medycyna Praktyczna 9 marca, a więc kilka dni temu. Teraz MZ podjęło temat.
    Więcej

    „Dlaczego niektóre szpitale nie chcą znieczulać rodzących? Czy chodzi o zbyt niską wycenę porodu i brak zróżnicowania na znieczulany lub nie?” – pytaliśmy w wywiadzie opublikowanym na portalu Medycyna Praktyczna kilka dni temu. Teraz MZ podjęło temat.

    Nasz rozmówca, lek. Tomasz Langie, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, odpowiedział na pytania Jakuba Grzymka wprost: – Problem jest w tym, że NFZ, a wcześniej Kasy Chorych, od 20 lat nie potrafią dojść do porozumienia z lekarzami w sprawie refundowania znieczuleń porodów. Kiedy zaczęły się porody ze znieczuleniem, zadzwoniłem do Kasy Chorych z pytaniem, jak oni wyceniają w punktach czy pieniądzach tę procedurę. Osoba po drugiej stronie słuchawki odpowiedziała natychmiast, bez konsultacji z nikim: „Panie doktorze, nas nie interesuje, czy poród jest znieczulany, czy nie. Nas interesuje produkt, jakim jest poród”. Wtedy zrozumiałem, że mówimy po polsku, ale języki mamy różne. I tak jest do dzisiaj.

    Tak było, jeszcze kilka dni temu – można powiedzieć. 12 marca „Gazeta Wyborcza” podała informację, że Ministerstwo Zdrowia po latach nacisków ze strony środowiska lekarskiego (kilka lat temu o uregulowanie refundacji znieczulenia przy porodach apelowała Naczelna Izba Lekarska) podjęło temat. Bartosz Arłukowicz chce, by Narodowy Fundusz Zdrowia zaczął dopłacać do porodów, przy których zostanie zastosowane znieczulenie zewnątrzoponowe.

    Szczegółów – brak. Ministerstwo Zdrowia nie potrafi odpowiedzieć na pytanie o przybliżoną datę wprowadzenia nowych rozwiązań, ale można się spodziewać, że nastąpi to szybko – jest przecież czas kampanii wyborczej, a partia Ewy Kopacz chce iść do wyborów jako ta, która potrafi załatwiać sprawy ważne dla zwykłych Polaków. I wiele rozwiązań, których nie udało się przeprowadzić przez blisko osiem lat, teraz ma szansę na realizację. Również w ochronie zdrowia.

    Byłoby dobrze, gdyby urzędnicy podali więcej konkretów. Czas ku temu jest najwyższy, bo same obietnice to za mało. Szpitale nie mają pieniędzy na kredytowanie procedur znieczulenia przy porodach – zwyczajnie nie stać ich na dodatkową pracę anestezjologów.

    – Od 2012 roku słyszymy zapowiedzi Bartosza Arłukowicza, że resort zapewni kobietom porody bez bólu. Projekt utknął jednak na ministerialnym biurku. To samo wcześniej deklarowała z trybuny sejmowej Ewa Kopacz, kiedy była ministrem zdrowia. Już 19 lat trwa ta batalia. Ale nie mamy więcej argumentów, skoro nie wystarcza fakt, że to przecież osobna procedura medyczna – to jeszcze jeden cytat z naszego wywiadu.

    Wydawać by się mogło, że ministerstwo, deklarując wolę płacenia za znieczulenia przyznało, że jest to świadczenie dodatkowe, którego wycena nie jest ujęta w cenie porodu, przy czym do tej pory upierał się Narodowy Fundusz Zdrowia. Jednak odpowiedź, jaką uzyskaliśmy z biura prasowego resortu wskazuje, że nie jest to oczywiste: „Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia z dnia 22 listopada 2013 r. w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia szpitalnego (Dz. U. poz. 1520, z późn. zm.), poród stanowi świadczenie gwarantowane.

    Również procedura znieczulenia znajduje się w wykazie świadczeń gwarantowanych. W związku z tym bezpłatne są wszystkie procedury medyczne związane z udzieleniem tego świadczenia – także łagodzenie bólu wszystkimi dostępnymi metodami. Regulacje prawne zapewniają kobietom rodzącym bezpłatny dostęp do porodu, a w ramach tego świadczenia także do wszelkich metod łagodzenia bólu, w tym znieczulenia zewnątrzoponowego. Jednocześnie informuję, że sposób rozliczenia kosztów świadczenia gwarantowanego należy do Narodowego Funduszu Zdrowia. Ministerstwo Zdrowia jeszcze nie podjęło decyzji, kiedy przepisy o finansowaniu znieczulenia przy naturalnym porodzie miałyby wejść w życie”. Sęk w tym, że NFZ w tej samej sprawie odsyła do...Ministerstwa Zdrowia.

    Lepiej późno niż wcale – bez wątpienia. Dobrze, że ministerstwo słyszy głosy płynące ze środowiska medycznego, również z branżowych mediów. W ostatnich miesiącach, ba, raczej w ostatnich latach, wydawało się, że do resortu zdrowia nie przemawiają żadne argumenty, nawet najbardziej oczywiste. Oficjalny głos ministerstwa zresztą każe powściągać optymizm.

  • Ruszył proces ws. odwołania prof. Chazana
    Przed sądem pracy ruszył proces, w którym prof. Bogdan Chazan domaga się przywrócenia go na stanowiska dyrektora Szpitala św. Rodziny w Warszawie. Został odwołany z tej funkcji po tym, gdy - mimo przesłanek medycznych - odmówił legalnej aborcji jednej z pacjentek.
    Więcej

    Przed sądem pracy ruszył proces, w którym prof. Bogdan Chazan domaga się przywrócenia go na stanowiska dyrektora Szpitala św. Rodziny w Warszawie. Został odwołany z tej funkcji po tym, gdy - mimo przesłanek medycznych - odmówił legalnej aborcji jednej z pacjentek.

    Na pierwszej rozprawie przesłuchiwanych jest czterech świadków - przedstawicieli szpitala. Rozprawa odbywa się z wyłączeniem jawności, o co wnioskował prof. Chazan i jego pełnomocnik, ze względu m.in. na tajemnicę lekarską.

    W kwietniu 2014 r. Chazan - powołując się na klauzulę sumienia - odmówił kobiecie wykonania w szpitalu aborcji, choć były do tego wskazania medyczne ze względu na wady płodu. Z raportu urzędu miasta wynikało, że działając jako dyrektor szpitala, a nie będąc lekarzem prowadzącym pacjentki, w świetle obowiązujących przepisów nie mógł powołać się na klauzulę sumienia, ponieważ ma ona charakter indywidualny. Nie wskazał też pacjentce - do czego był zobowiązany - innego lekarza lub placówki, gdzie można zabieg wykonać.

    Chazan pozwał szpital św. Rodziny, choć - jak mówił jego pełnomocnik mec. Jerzy Kwaśniewski - odpowiedzialny za wadliwość decyzji o odwołaniu profesora jest ratusz; to prezydent Warszawy podjęła decyzję o odwołaniu Chazana. - Jest to niewygodna okoliczność szczególnie dla profesora, pozwanym w tym postępowania musi być szpital św. Rodziny ze względu na pewne formalne wymogi dotyczące zarządzania personelem i spraw z zakresu prawa pracy. Organem wykonującym zadania pracodawcy wobec profesora jest prezydent miasta stołecznego Warszawy (to Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła decyzję o jego odwołaniu – PAP), tak samo jak w przypadku innych szpitali miejskich. Dlatego zdajemy sobie sprawę, że odpowiedzialny za wadliwość tej decyzji (o odwołaniu – PAP) jest ratusz, ale ratusza nie można w tej sprawie pozwać – dodał mecenas.

    Profesor domaga się przywrócenia go na stanowisko dyrektora szpitala. - W naszej opinii przyczyny wypowiedzenie pracy podane w uzasadnieniu decyzji są przyczynami fikcyjnymi. Prawdziwą przyczyną jest dyskryminacyjna polityka urzędu miasta, który wypowiedział umowę o pracę ze względu na światopogląd pana profesora, wyrażony poprzez powołanie się na klauzulę sumienia – zaznaczył mecenas.

    Zdaniem mec. Kwaśniewskiego bezpodstawne są też argumenty miasta, że Chazan nie mógł powoływać się na klauzulę sumienie – bo był dyrektorem placówki.

    - Posłużenie się klauzulą sumienie w tym konkretnym przypadku nie miało żadnego wpływu na realizację praw zdrowotnych i żadnego wpływu na prawo do informacji pacjentki. Pacjentka została właściwie, można powiedzieć, obsłużona przez swojego lekarza prowadzącego, z tego szpitala, podwładnego profesora Chazana. Decyzja dyrektora szpitala, będącego zarazem lekarzem, w żadnym stopniu nie wpływała na realizację jej praw, i tym samym nie mogła być ważną podstawą do wypowiedzenia umowy o pracę - dodał.

    Mecenas podkreślał, że pacjentka "otrzymała wszystkie informacje, jakie były jej potrzebne, z odpowiednim wyprzedzeniem". - Niezwłocznie po odmowie wykonania aborcji jej lekarz prowadzący skierował ją do innego szpitala, który był gotów na przeprowadzenia aborcji. Tam również jej odmówiono aborcji, wskazując, że w opinii lekarzy termin wykonania aborcji minął, zanim poprosiła o to profesora Chazana – dodał.

    Z kolei Chazan przed rozprawą powiedział dziennikarzom, że ma nadzieję, iż zostanie przywrócony na stanowisko dyrektora placówki, gdyż - jak zapewnił - przez 10 lat swojej pracy udowodnił, że potrafi kierować szpitalem, i doprowadził m.in. do tego, że wiele pacjentek zdecydowało się korzystać z usług szpitala. - Nie czuję winny, przez te 10 lat udowodniłem, że potrafię kierować szpitalem, wyprowadziłem go na prostą. Szpital uzyskał zaufanie pacjentek, o czym świadczy wzrost liczby pacjentek leczonych, liczby porodów. Nie czuję się winny, również jeśli chodzi o klauzulę sumienia uważam, że przysługiwała mi. Miałem aneks z miastem, w którym zobowiązałem się do świadczenia usług medycznych – powiedział profesor.

    Przyznał, że brakuje mu pracy w szpitalu. - Przez całe życie pracowałem w szpitalu, atmosfera szpitala, praca szpitala, to, co się tam dzieje, operacje, porody, były do tej pory sensem mojego życia, mam nadzieję, że do emerytury będę mógł pracować w szpitalu - dodał. Dopytywany przez dziennikarzy dodał, że obecnie pracuje jako wykładowca na uniwersytecie w Kielcach oraz jako lekarz w prywatnym gabinecie.

    Podstawą odwołania profesora były wyniki kontroli miasta oraz fakt - jak informował ratusz - że nie poinformował on pacjentki o granicznym terminie wykonania aborcji, czym ograniczył jej prawo do informacji. Wypowiedzenie z pracy otrzymał w lipcu ub.r. Oceniał wówczas, że kara jest niezasłużona, a jej wysokość - nieproporcjonalna.

    Kobieta zgłosiła się do szpitala św. Rodziny w 22. tygodniu ciąży, kiedy aborcja była jeszcze zgodna z prawem. Ostatecznie dziecko urodziła w innym szpitalu; z powodu ciężkich wad zmarło niedługo po narodzinach. W warszawskim sądzie okręgowym jest jej pozew o zadośćuczynienie; domaga się miliona zł.

    Sprawa wywołała duże poruszenie i przeciwstawne oceny - w zależności od światopoglądu komentujących.

    W Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Mokotów toczy się śledztwo ws. "narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu". Podstawą prawną śledztwa jest art. 160 par. 2 Kodeksu karnego, który przewiduje karę od 3 miesięcy do 5 lat więzienia dla osoby, która - mając obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo - naraża ją na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. We wtorek rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej Przemysław Nowak potwierdził, że wpłynęła opinia biegłych w tej sprawie. Ocenił, że nie daje ona podstaw do stawiania zarzutów, ale nie ujawnił jej konkluzji. Zaznaczył, że śledztwo trwa, a pod koniec marca ma być jako świadek przesłuchiwany sam Chazan (gdyby miał usłyszeć zarzuty, nie wzywano by go jako świadka, lecz podejrzanego - PAP).

    Prof. Chazan mówił, że "aborcję uważa za zabójstwo niewinnego człowieka". Przyznawał zarazem, że aborcji dokonywał w przeszłości - czego dziś się wstydzi. Jest on jednym z sygnatariuszy "Deklaracji wiary", gdzie zapisano m.in. pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim oraz potrzebę "przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji". Podpisując ją, lekarze i studenci medycyny deklarują, że nie będą wykonywać zabiegów sprzecznych z ich światopoglądem.

  • W bólu będziesz rodziła
    "Panie doktorze, nas nie interesuje, czy poród jest znieczulany, czy nie. Nas interesuje produkt, jakim jest poród" – tak mi powiedzieli w NFZ. Wtedy zrozumiałem, że mówimy po polsku, ale języki mamy różne – mówi lek. Tomasz Langie, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii.
    Więcej

    „Panie doktorze, nas nie interesuje, czy poród jest znieczulany, czy nie. Nas interesuje produkt, jakim jest poród” – tak mi powiedzieli w NFZ. Wtedy zrozumiałem, że mówimy po polsku, ale języki mamy różne – mówi lek. Tomasz Langie, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii.

    Jakub Grzymek: Czy znieczulenie zewnątrzoponowe w trakcie porodu niesie za sobą jakieś zagrożenie?

    Lek. Tomasz Langie: Jeśli nie robi tego kowal, tylko doświadczony anestezjolog, znieczulenie zewnątrzoponowe – bo żadne inne nie jest satysfakcjonujące i adekwatne – jest w pełni bezpieczne.

    Trochę trwało, nim dostosowaliśmy mieszaniny dawek w znieczuleniu zewnątrzoponowym tak, żeby było w pełni bezpieczne i nie wpływało na przebieg porodu. Czasem się mówi, że wydłuża o 50% (ok. pół godziny) drugi okres porodu. Widziałem jednak bardzo wiele odwrotnych sytuacji – poród nie postępował, a kiedy podaliśmy znieczulenie, w ciągu 10 min. pacjentka urodziła.

    A jeśli chodzi częstsze zastosowanie oksytocyny?

    To wydumane i nie znajduje potwierdzenia w EBM. Podobnie w kwestii zabiegów kończących poród – to wszystko kiedyś miało miejsce, ale po 20 latach stosowania w Polsce znieczulenia zewnątrzoponowego współpraca ginekologa, położnej i anestezjologa jest dopracowana. Kiedyś większość znieczulanych porodów kończyła się przez cięcie cesarskie – to też był prawdziwy zarzut, ale lata temu.

    Zmieniło się także podejście ginekologów. O ile 20 lat temu mało który popierał znieczulanie porodów, teraz sami namawiają pacjentki na znieczulenia. To przesada w drugą stronę.

    W „Siemiradzkim” 80% porodów jest znieczulanych – spełniamy najwyższe standardy światowe. Ale to musi być decyzja pacjentki, bo poród bez znieczulenia zawsze się odbędzie. To jednak ingerencja, obecnie bardzo wskazana, ale nie niezbędna.

    W przeglądzie systematycznym Cochrane przeanalizowano efektywność i bezpieczeństwo stosowania wczesnego i późnego znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie stwierdzono różnic w częstości cięć cesarskich w obu grupach. Kiedy w takim razie rozpoczynać znieczulenie? Decydować powinna rodząca?

    Zdecydowanie tak, jeżeli spełniony jest standard występujących równocześnie regularnej akcji skurczowej i rozwarcia 3-4 cm. Niektóre pacjentki rzeczywiście mówią: „jeszcze wytrzymam, może urodzę bez”. Wtedy trzeba poczekać. Choć to się rzadko zdarza. Jak zaczyna boleć, pacjentka z reguły chce znieczulenia.

    I w drugą stronę – jeśli pacjentka chce znieczulenia, nie ma sensu czekać?

    Dokładnie.

    Dlaczego niektóre szpitale nie chcą znieczulać rodzących? Czy chodzi o zbyt niską wycenę porodu i brak zróżnicowania na znieczulany lub nie?

    Problem jest w tym, że NFZ, a wcześniej Kasy Chorych, od 20 lat nie potrafią dojść do porozumienia z lekarzami w sprawie refundowania znieczuleń porodów.

    Kiedy zaczęły się porody ze znieczuleniem, zadzwoniłem do Kasy Chorych z pytaniem, jak oni wyceniają w punktach czy pieniądzach tę procedurę. Osoba po drugiej stronie słuchawki odpowiedziała natychmiast, bez konsultacji z nikim: „Panie doktorze, nas nie interesuje, czy poród jest znieczulany, czy nie. Nas interesuje produkt, jakim jest poród”. Wtedy zrozumiałem, że mówimy po polsku, ale języki mamy różne. I tak jest do dzisiaj.

    NFZ płaci tyle samo za cięcie cesarskie – już nie mówiąc o znieczuleniu – co za poród siłami natury. Nie trzeba być filozofem, żeby się domyślić, że „cesarka” to operacja, która wymaga większego zaangażowania personelu i większej ilości materiałów i sprzętu. A naturalny poród odbywa się prawie bez żadnej ingerencji medycznej. Tymczasem wycena jest taka sama.

    Od 2012 roku słyszymy zapowiedzi Bartosza Arłukowicza, że resort zapewni kobietom porody bez bólu. Projekt utknął jednak na ministerialnym biurku.

    To samo wcześniej deklarowała z trybuny sejmowej Ewa Kopacz, kiedy była ministrem zdrowia. Już 19 lat trwa ta batalia. Ale nie mamy więcej argumentów, skoro nie wystarcza fakt, że to przecież osobna procedura medyczna.

    Dlatego część szpitali po prostu odmawia, tłumacząc: „nam nikt za to nie płaci”. W niektórych szpitalach multiprofilowych anestezjolodzy stosują tzw. włoski strajk, bo – choć może nie powinno się tak mówić w medycynie – ze znieczuleń porodów „nic nie mają”. Takie znieczulenie podczas ciężkiego dyżuru to dla nich dodatkowy obowiązek. I żeby go uniknąć mówią, że jeżeli nie będzie szeregu badań – głównie tych na krzepnięcie – nie zrobią znieczulenia. A nim te badania zostaną zrobione, pacjentka często jest już w takiej fazie porodu, że nie ma po co znieczulać.

    A na poziomie dyrekcji placówek? Chodzi o odmienne niż NFZ interpretowanie przepisów?

    Jak widać na przykładzie chociażby strajków POZ, my cały czas mówimy innym językiem niż resort zdrowia. Moja rozmowa z Kasą Chorych to tylko przykład tego, jak wyglądają rozmowy lekarzy, izb lekarskich, porozumień i stowarzyszeń lekarskich z resortem.

    Lekarz mówi o pacjentach, przepisy o świadczeniobiorcach.

    Dokładnie. Fundusz jest zainteresowany „produktem”, a dobro pacjenta jest rzeczą wirtualną.

    Kiedy wprowadzano usługi chirurgii jednego dnia, opracowano kryteria konieczne, żeby NFZ podpisał z usługodawcą kontrakt na taką chirurgię. Jakie były wymogi wobec sprzętu anestezjologicznego? Musiał mieć możliwość inwazyjnego pomiaru ciśnienia krwi – coś, co stosuje się na intensywnej terapii. Kuriozum!

    Choć sprawa zapewnienia porodów bez bólu zatrzymała się na etapie MZ, resort zapowiadał niedawno, że wycena porodu zostanie podniesiona na 2 tys. zł. Czy to wystarczająca kwota?

    Podniesienie do 2 tys. zł mogłoby – w przypadku małego szpitala jak „Siemiradzki” – załatwić sprawę.

    Jest jeszcze problem obsady anestezjologicznej. MZ twierdzi, że zwiększenie do 2 tys. zł wyceny porodu rozwiąże problem niewystarczającej liczby anestezjologów i pielęgniarek anestezjologicznych.

    Na pewno nie. „Siemiradzki” to maleńki szpital, w którym dyżuruje tylko jeden anestezjolog, ale on jest tylko dla rodzących. W takim wypadku podniesienie wyceny do 2 tys. zł jest satysfakcjonujące. Ale przypadku szpitala, w którym trzeba do tego stworzyć osobny etat dyżurowy (plus pielęgniarki anestezjologicznej), to nawet nie jest początek rozmowy.

    W szpitalach tzw. molochach, kiedy pacjentki przychodzące w ciąży „na rekonesans” pytają czy jest możliwość znieczulenia przy porodzie, oczywiście otrzymają zapewnienie, że tak. Ale potem w trakcie porodu, kiedy już zacznie boleć i będą spełnione równocześnie dwa warunki konieczne do znieczulenia (regularna akcja skurczowa i odpowiednie rozwarcie szyjki macicy – 3-4 cm), położna po telefonie po anestezjologa przeprasza rodzącą, ale „anestezjolog jest przy pacjencie na intensywnej terapii”. Duże szpitale w ten sposób unikają znieczulania, nie wchodząc nawet w drażliwą kwestię wyceny. Co z tego, że w szpitalu jest pięciu anestezjologów, skoro roboty mają dla sześciu...

    Czy pacjentka może żądać znieczulenia? W końcu istnieje zapis, że znieczulenie jest refundowane, ale muszą istnieć do tego wskazania medyczne.

    W tym właśnie problem – wymyślono „wskazania medyczne” do znieczulenia porodu. A przecież oczywistym wskazaniem, jednoznacznym i bezdyskusyjnym, jest to, że kobietę boli. I ona chce rodzić bez bólu. Czy trzeba do tego jakieś wskazania? W ten sposób ograniczamy coś, co się powinno należeć się nawet najbardziej zdrowej kobiecie.

    A jakie są przeciwwskazania do znieczulenia zewnątrzoponowego w przypadku porodu?

    Bezwzględnym przeciwwskazaniem są jedynie zaburzenia krzepnięcia krwi w kierunku niedokrzepliwości, bo trudno spodziewać się rodzącej np. z posocznicą. I tu nie ma dyskusji – jeżeli jest 100 tys. i mniej płytek krwi, nie założymy znieczulenia.

    Przeciwwskazań względnych jest wiele i wszystkie są trochę naciągane. Np. tatuaż w miejscu wkłucia (ze względu na zawartość ołowiu w tuszu). Są anestezjolodzy, którzy jak tylko zobaczą tatuaż na lędźwiach, odmawiają.

    Uważam jednak, że ten wytatuowany paw czy palemka zawsze ma albo oczko, albo listek, i zawsze możemy znaleźć miejsce na wkłucie. Tylko trzeba chcieć.

    Decydują dobre chęci?

    Tak. Żadne z nich nie jest takim przeciwwskazaniem, które bym zastosował.

    80% zgonów z powodów anestezjologicznych jest spowodowane nieudaną intubacją i zachłyśnięciem kwaśną treścią żołądkową. 98,5% z nich ma miejsce przy znieczuleniu ogólnym. Kiedy wprowadza się takie znieczulenie przy porodzie?

    Tylko w przypadku cięcia cesarskiego z bardzo gwałtownych, nagłych wskazań. Kiedy każde pół minuty jest decydujące. Np. odklejenie łożyska – krwotok jest taki, że w ciągu sekundy na podłodze ląduje wiadro krwi. Wtedy nie ma szansy, żeby zrobić znieczulenie zewnątrzoponowe czy podpajęczynówkowe. Już intubując mówimy: tnijcie.

    Znieczulenie ogólne stosuje się także w przypadku zaburzeń krzepnięcia krwi. Jeśli w takim przypadku pacjentka ma mieć wykonane planowe cięcie cesarskie ze wskazań ginekologicznych, nie mogę wykonać znieczulenia podpajęczynówkowego, które jest standardem dla „cesarki”.

    Paradoksem jest, że obecnie młodzi anestezjolodzy nie potrafią tego zrobić, bo ekstremalnie rzadko trafia się pacjentka z przeciwwskazaniem do znieczulenia miejscowego. Nie do końca potrafią bezpiecznie intubować. Dlatego przy znieczuleniu ogólnym najczęściej zdarzają się najpoważniejsze powikłania i zgony.

    Częstość wykonywania cięć cesarskich w Polsce 15 lat temu była dwa razy niższa niż obecnie. W „Siemiradzkim” też przeprowadza się coraz więcej „cesarek”?

    Przez cięcie kończy się u nas rozsądna ilość porodów – 25-30%. To standard światowy. Początek roku mieliśmy wyjątkowo pechowy – połowa porodów odbyła się przez „cesarkę”. Takie pacjentki nam się trafiały. Ale już wszystko wróciło do normy.

    Natomiast rzeczywiście jest to problem ogólnoświatowy. W Brazylii 80% porodów odbywa się przez cięcie cesarskie, w Indiach podobnie. W tych krajach jest to rodzaj prestiżu społecznego.

    U nas można zauważyć podobne tendencje. Celebrytki w kolorowej prasie wychwalają cięcia.

    Choćbyśmy bili na alarm, nie unikniemy tej głupiej mody. Staliśmy się niewolnikami mediów. Kobiety myślą, że skoro aktorki chcą mieć „cesarki”, to przecież nie po to, żeby sobie zaszkodzić. A że ich świadomość jest żadna, to inna sprawa.

    Zmiana podejścia nastąpi dopiero wtedy, jak pierwsza celebrytka umrze przy cięciu cesarskim albo będzie miała poważne powikłania. Jednak dopóki jest to w jakiś sposób powiązane ze statusem społecznym (może nie materialnie, ale na zasadzie „ja też miałam i to było takie komfortowe”), problem będzie istniał. I choć cięcia „na życzenie” są wbrew stanowisku PTG, każdy ginekolog wie, co wpisać w kartę, albo do którego specjalisty wysłać np. po wskazanie ze względu na potencjalne odklejenie siatkówki.

    Niedawno pojawiło się też pojęcie tokofobii.

    Pracuję w anestezjologii położniczej od 20 lat, a pierwszy raz usłyszałem to pojęcie pięć lat temu. Pomyślałem, no tak: „toko” – poród, „fobia”... Przeczytałem, że rzeczywiście istnieje takie zjawisko, co prawda jest marginalne...

    Mówi się, że może dotyczyć do 10% rodzących.

    No to było marginalne. Podobnie z dysleksją – nagle zaczął się wysyp próśb rodziców o wystawienie dziecku zaświadczenia o dysleksji. I tak jest z tokofobią. Internet ją upowszechnił, a stała się modna, bo pozwala uniknąć czegoś, co wywołuje obawy.

    Lęk może dotyczyć bólu porodowego. Czy często jest tak, że kobiety, które myślą o „cesarce”, kiedy słyszą zapewnienie, że nie będzie bolało, przekonują się do porodu siłami natury?

    Pacjentki nie przychodzą z takim problemem do anestezjologa. Wiele z nich w ogóle nie wie o naszym istnieniu. Przychodzą do ginekologa i niekoniecznie usłyszą, że rzeczywiście przy cięciu nie będzie bolało, ale po „cesarce” już tak – bardziej niż po porodzie naturalnym. Niestety ginekolog często ma tłum pacjentek przed gabinetem i nie ma czasu na długie rozmowy i wnikanie w motywacje ciężarnych.

    Pozostaje jeszcze kwestia nagonki medialnej. Miało niedawno miejsce kilka nagłośnionych przypadków, w których – niejednokrotnie bezpodstawnie – zarzucano lekarzom, że popełnili błąd, nie wykonując cięcia cesarskiego.

    Tak, pacjentka pójdzie do telewizji i lekarz ma problem do końca życia. Ginekolodzy się bronią. Jak w trakcie porodu coś się tylko wahnie w tętnie, wielu natychmiast przewozi pacjentkę na salę operacyjną. Bo chcą usiąść wieczorem przed telewizorem, a nie przed prokuratorem. Dlatego też sami chętniej kierują na cięcia cesarskie.

    Na przykład jeśli ma miejsce zgon wewnątrzmaciczny – jak w przypadku pacjentki z Zabrza – od razu zarzuca się w mediach, że lekarze odmówili „cesarki”. A przecież nie robi cięcia w takim przypadku.

    Wiele pacjentek nie wie, jak wygląda znieczulenie zewnątrzoponowe. Jak reagują na procedurę?

    Do najzabawniejszych sytuacji dochodzi, kiedy już założę znieczulenie i mówię: „niech się pani teraz położy na plecach”. Niektóre pacjentki robią wtedy wielkie oczy i pytają zdziwione: „mam się na tej igle położyć?”. I choć wyjaśniam przedtem, że wyciągnąłem igłę, pacjentki, jak już je boli i mają skurcze, czasem niedosłyszą.

    Kiedy znieczulam, biorę pacjentkę z łóżka porodowego i cały czas mam nad nią opiekę. Wyjaśniam dokładnie każdy punkt, uprzedzam o wszystkim. Niestety nie wszyscy anestezjolodzy tak robią. Szkoda także, że do szkół rodzenia chodzi tak niewiele par. Tam zawsze coś się mówi na temat znieczulenia.

    Jak można pomagać pacjentkom w tych pełnych emocji chwilach?

    Po prostu z nimi rozmawiać. Dramatem jest to, jak obecnie wygląda relacja lekarz-pacjent. Obowiązuje wciąż medycyna patriarchalna – ja jestem doktor, ty nie masz nic do powiedzenia. A przez to, że lekarze dostali kolejne papiery do wypełniania, nawet ci, którzy kiedyś podchodzili do pacjenta ciepło, teraz nie mają czasu i sił na prawidłowe traktowanie.

    Zacząłem swoją pracę jako anestezjolog pediatryczny. Wtedy odkryłem, że umiem rozmawiać dziećmi i zacząłem tak samo podchodzić do dorosłych. Każdy człowiek, kiedy staje się pacjentem, jest trochę jak dziecko. Trzeba do niego podchodzić z ciepłem, ze świadomością jego lęków i obiekcji.

    Wierzę, że wiele w medycynie można osiągnąć tylko słowami i dotykiem. Co najczęściej stosowane jest przed znieczuleniem przy bardzo wielu zabiegach chirurgicznych? Premedykacja, czyli tzw. „głupi jasiu”. Pacjent nic nie pamięta i wszyscy są zadowoleni. Osobiście nigdy nie dałem pacjentowi midazolamu przed znieczuleniem miejscowym. Wolę z nim 15-20 minut porozmawiać, wyczuć jego obawy. Midazolam jest mi zupełnie niepotrzebny, a pacjent ma do mnie zaufanie. Strachu nie można traktować tabletką.

    Powiedział pan „dotykiem”. Dlaczego?

    Istnieje coś takiego jak turystyka stomatologiczna – mamy dobrą i stosunkowo tanią stomatologię, a nasi dentyści mają np. w Anglii gabinety, w których kwalifikują do zabiegu. Potem pół samolotu przyjeżdża do Polski po implanty. Robione są w znieczuleniu miejscowym, ale jako że ilość środka, kiedy robi się cały garnitur implantów, jest większa, angażuje się anestezjologa, żeby czuwał.

    Raz uczestniczyłem przy takim zabiegu. Pacjentkę znieczulono miejscowo, ale wcześniej przykryto ją od czubka głowy obłożeniem operacyjnym. Zrobiłem to, co zawsze robię – złapałem ją za rękę. Odwdzięczyła ten uścisk tak, aż mi ręka zdrętwiała. Po operacji rzuciła mi się na szyję, dziękując za to, że czuła moją obecność. Dopóki nie złapałem jej za rękę, była przerażona i bała się, że jak coś się stanie, nie zauważą tego.

    To niewiarygodnie proste – dotyk. Banalna, a niezwykle ważna sprawa. Wielu anestezjologów niestety, jak ukłuje, to wychodzi.

    Na szkole rodzenia zapowiadam: każda z was będzie przeze mnie głaskana po głowie i jeszcze się nie zdarzyło, żeby jakaś powiedziała: „zboczur jakiś, czy co?”. Ale pacjentka musi być w centrum uwagi – uczyłem anestezjologów, że jeśli mają położyć rękę na głowie kobiety, a rozmawiać o wyniku wczorajszego meczu z kolegą ginekologiem, to lepiej, żeby tego nie robili.

    Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy lekarz i położna wychodzą bez słowa, a zdezorientowana pacjentka zostaje sama.

    Wygrywa rutyna. Oni wiedzą, że wszystko jest dobrze, ale to trzeba pacjentce wytłumaczyć, powiedzieć: „nie będzie nas chwilę, kardiotokograf pracuje, granice alarmu są wystawione, jesteśmy w sąsiednim pokoju”. Pacjentka, dopóki nie usłyszy płaczu swojego dziecka, myśli pesymistycznie: a nuż się coś zdarzy, w telewizji pokazywali takie przypadki...

    Trzeba operować dobrym słowem i gestem. Dobrym gestem – kiedy mam umyć pacjentce plecy przed znieczuleniem, uprzedzam ją o tym. Tę samą czynność można wykonać w bardzo złym stylu, a można spokojnie, z zapowiedzią.

    Trzeba wejść w psychikę pacjentki. Pilnuję, żeby koledzy nie żartowali na sali porodowej. Czasami zespół jest odprężony, ktoś powie coś po cichu i wszyscy zaczynają się śmiać. Niestety pacjentka bierze to do siebie. Jej psychika jest niezmiernie wrażliwa.

    Co innego, jeśli wciąga się pacjentkę w rozmowę, traktuje jako partnerkę, a ona wie, że jest w centrum uwagi. Wtedy można nawet świńskie dowcipy opowiadać.

    Rozmawiał Jakub Grzymek

  • Jak długo żyją plemniki?
    Jak długo żyją plemniki w śluzie lepkim, niepłodnym? A jak długo w śluzie płodnym?
    Więcej

    Pytanie nadesłane do redakcji

    Jak długo żyją plemniki w śluzie lepkim, niepłodnym? A jak długo w śluzie płodnym?

    Odpowiedział

    dr n. med. Robert Drabczyk
    specjalista chorób wewnętrznych
    nefrolog
    Oddział Nefrologii i Stacja Dializ
    Szpital Wojewódzki, Bielsko-Biała

    Tak zwany śluz płodny jest wydzielany pod wpływem dużego stężenia estrogenów. Stężenie to rośnie po zakończeniu krwawienia miesiączkowego i największe jest w okresie owulacji. Pod wpływem estrogenów śluz szyjkowy staje się obfitszy, rzadszy i przejrzysty (przypomina białko jaja kurzego) oraz zwiększa się jego odczyn pH (staje się zasadowy). Takie warunki sprzyjają przeżywalności plemników oraz umożliwiają ich przemieszczanie się do macicy. W śluzie płodnym prawidłowe plemniki przeżywają i zachowują zdolność zapłodnienia przez 48-72 godzin, a nawet do 5 dni w przypadku szczególnie żywotnych plemników.

    Gdy warunki są niesprzyjające, czyli odczyn pochwy jest kwaśny i śluz niepłodny (gęsty, mętny, białawy), to plemniki giną w ciągu paru godzin (do 12 godzin).

    Piśmiennictwo:

    Położnictwo, ginekologia i niepłodność. Podręcznik klinicysty. MediPage 2011