19 kwietnia 2015 roku
poczta
zaloguj się
 
Poczet Lekarzy
medycyna praktyczna dla pacjentów

Ginekolog Jelenia Góra

Parametry wyszukiwania:

 Wszyscy  A B C Ć Č D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W Y Z Ź Ż

Wyniki wyszukiwania

Poczet Lekarzy zawiera wyłącznie wizytówki stworzone przez lekarzy. Jesteś lekarzem i nie ma Cię w bazie: stwórz wizytówkę!

Przeczytaj też

  • Tedy nie pocznie
    Wstrzymywanie oddechu przez kobietę, kiedy partner doznawał orgazmu, miało niebagatelny wpływ na ewentualność zajścia w ciążę. Skuteczne miało być także skakanie siedem razy po stosunku, koniecznie do tyłu - radzili lekarze w II tysiącleciu p.n.e.
    Więcej

    Wstrzymywanie oddechu przez kobietę, kiedy partner doznawał orgazmu, miało niebagatelny wpływ na ewentualność zajścia w ciążę. Skuteczne miało być także skakanie siedem razy po stosunku – koniecznie do tyłu. Jeżeli kobieta dodatkowo wymusiła kichnięcie, miała skuteczniej pozbyć się nasienia partnera.

    Takie metody antykoncepcyjne zapisano w papirusie Ebersa (XVI w. p.n.e.), jednym z najstarszych zapisów dotyczących sposobów zapobiegania ciąży. Dawne praktyki i środki antykoncepcyjne mogą obecnie budzić zdziwienie, a nawet przerażenie. Ocierały się o magię, czary, szarlatanerię, a jednocześnie ich twórcy dysponowali znaczną wiedzą na temat roślin, których właściwości medycyna potwierdziła dopiero w XX w.

    Wśród egipskich papirusów


    Papirus Ebersa (ok. 1550 r. p.n.e.) / fot. Einsamer Schütze, Wikimedia Commons, lic. CC BY-SA 1.0

    Do najstarszych śladów stosowania antykoncepcji zaliczyć należy zapisy z papirusów z Kahun (ok. 1850 p.n.e.). Korzystano wówczas z „pessariów” sporządzonych ze zmieszanych z miodem krokodylich odchodów. Podobne „pessaria” znane były także w innych kulturach starożytnych – w zależności od regionu wykonywano je z odchodów np. słoni (Indie) czy myszy (Grecja).

    Z ok. 1550 r. p.n.e. pochodzą wzmianki o preparatach mających niwelować działanie męskiego nasienia. W papirusie Ebersa zachował się opis sposobu przygotowania lnianych pasków impregnowanych w soku akacjowym (wydzielający się wówczas kwas miał mieć właściwości plemnikobójcze), do których – w celu uzyskania kleistej konsystencji – dodawano miodu oraz zmielonych daktyli. Paski te stosowano w formie specjalnych tamponów. W walce z męskim nasieniem posługiwano się również węglanem sodu zmieszanym z miodem, a także wodą z octem. Z kolei połączenie zielonej herbaty z cykutą z całą pewnością było dość śmiercionośne nie tylko dla samych plemników, ale i dla kobiety aplikującej sobie taki środek.

    Nasączone roztworami antykoncepcyjnymi tampony znane były także w starożytnej Persji, gdzie w miejsce akacji pojawiła się jodyna lub alkohol, którym polewano gąbki morskie (w starożytnych Indiach czy Chinach posługiwano się mieszankami soli, miodu i oliwy). Specjalne gąbki nasączane wodą z octem znane były także w kulturze żydowskiej, dokąd trafiły za pośrednictwem Egipcjan.

    Starożytne kobiety stosowały również specjalne maści – o ile olejek z drzewa cedrowego z oliwą z oliwek nie wywoływał szczególnych komplikacji zdrowotnych, to maść ołowiowa była już groźniejsza w skutkach.

    Z Grecji do Rzymu


    Rzymskie pessarium z brązu, II w. p.n.e. - IV w. p.n.e. / fot. Science Museum, London, Wellcome Images, lic. CC BY 4.0 as confirem on Wikimedia Commons

    Spisane przez rzymskich lekarzy traktaty medyczne wspominają zarówno o metodach aborcyjnych, lekach wczesnoporonnych, krążkach dopochwowych (wykonywano je z wełny nasączanej miodem, ałunem bądź oliwą), jak i o ziołach obdarzonych właściwościami antykoncepcyjnymi. Rzymianie pozostawali pod przemożnym wpływem medycyny greckiej, która w celach antykoncepcyjnych zalecała stosowanie tajemniczej rośliny zwanej sylfionem (łac. silphium). Stosowane było także podskakiwanie po odbyciu stosunku w celu „wytrząśnięcia” nasienia, nacierano ciała rozmaitymi środkami, jak roztwory soli, oliwy z oliwek zmieszanej z octem, czy galban (gumożywica zmieszana z winem).

    Zajściu w ciążę zapobiec miało również noszenie magicznych amuletów. Polecano wątrobę kota umieszczoną w specjalnej zdobionej tubce, do ręki przymocowywano z kolei „kawałek kości wydobytej z serca jelenia”. Talizman sporządzony z łona lwicy, który należało umieścić w tulejce z kości słoniowej, przetrwał próbę czasu i wzmiankowany jest w średniowieczu.

    Jeszcze większą żywotnością wykazały się środki bazujące na oliwie, które zalecane były przez niektórych ginekologów aż do lat 30. XX w. Badania przeprowadzone wśród biedniejszych warstw Nowego Yorku w latach 40. XX w. wykazały, że praktykowano wówczas prysznice z octem, sokiem z cytryny lub ałunem. Próżno z kolei szukać w XX w. śladów innej starożytnej „praktyki antykoncepcyjnej” – dawni medycy zalecali kobietom po współżyciu spożywanie zimnych napojów.

    Przywrócić regularność cyklu miesiączkowego

    Stosowane przez starożytnych rośliny, które miały działać antykoncepcyjnie, w większej dawce mogły powodować obumarcie płodu. Trzeba podkreślić, że ówcześni lekarze rozróżniali antykoncepcję od aborcji, jak czynił to np. Soranus, znany rzymski lekarz (przełom I i II w.).

    Wyjątkowo popularnym w antycznym Rzymie środkiem mającym – jak to określali dawni medycy – przywrócić regularność cyklu miesiączkowego (wywołać aborcję) była „ferula”. Rodzaj ten obejmuje 170 gatunków roślin, w tym także z rodziny selerowatych. Ferula wedle relacji starożytnych była rośliną, która mogła urosnąć do wielkości małego drzewa, występowała w klimacie półsuchym. Stosowano ją także – w mniejszych dawkach – jako środek antykoncepcyjny.

    Ważenie i ładowanie sylfionu na wyspie Kyrene, VII w. p.n.e. / fot. Wellcome Library, London, lic. CC BY 4.0 as confirmed on Wikimedia Commons

    Spośród leków wczesnoporonnych Soranus wymieniał sześć specyfików, a w aż pięciu przypadkach mikstury bazowały na owocu granatu, którego specyficzne właściwości wspominane są w mitologii – nasiona tego owocu spożywała Prozerpina pragnąc ustrzec się przed niechcianą ciążą. Owoce granatu w tym celu spożywane były także przez kobiety na terenach Indii.

    Zastanawiające jest, że pomimo przeświadczenia o wysokiej skuteczności antykoncepcyjnej granatu środek ten został niemalże zapominany w epoce średniowiecza. Próżno szukać takich informacji w pismach przypisywanych Hipokratesowi, pseudo Galenowi czy Dioskurydesowi (ten ostatni w miejsce owoców granatu polecał umieszczenie pod łóżkiem bukietu z piwonii). Wspomina o nim Ibn Sina, ale poleca łączenie go z ałunem.

    O zaniechaniu stosowania tej formy antykoncepcji zaważyć mogła opinia samego Soranusa, który twierdził, że czopki dopochwowe bazujące na owocach granatu mogły stanowić wyjątkowe niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia kobiet. Czy jednak to wytłumaczenie mogło sprawić, że ograniczono stosowanie takiej formy antykoncepcji? W końcu historia odnotowywała przypadki stosowania drastycznych metod antykoncepcji. O tym jak zdesperowane i zdeterminowane musiały być kobiety świadczy praktyka zażywania doustnych preparatów poronnych, np. rtęci. Specyfiki te miały podwójne działanie – nie tylko zabijały nienarodzone dziecko, ale i samą aplikującą. Z kolei w XIX-wiecznej Anglii stosowano specjalne kapsułki z ołowiem. W Szwecji i Niemczech w tym samym okresie warstwy najbiedniejsze uciekały się do fosforu pozyskiwanego z główek zapałek.

    Niech pości dwa lata o chlebie i wodzie

    Dawna historiografia zaprzecza, jakoby w średniowieczu stosowano praktyki antycznych rozpustników. Dlaczego jednak z wielką żarliwością potępiano stosowanie antykoncepcji? Już Jan Chryzostom (IV w.) zrównywał antykoncepcję z morderstwem. Wbrew opiniom dawnej historiografii należy jasno stwierdzić, że w średniowieczu nie tylko stosowano rozmaite zabiegi magiczne, ale także znano antykoncepcyjne właściwości niektórych ziół.


    Spowiedź przed mnichem i diakonem, ok. 1400-1404 r. / fot. Acquired by Henry Walters, 1931, Walters Art Museum, Wikimedia Commons, lic. public domain

    W zapisach zawartych w penitencjałach (księgach, w których spisywano dokładnie, jaka pokuta powinna być nałożona za konkretne grzechy) odnaleźć można wzmianki o dawnych formach antykoncepcji: „Gdyby kobieta zażyła napoju, aby nie począć, poczęte (życie) zabić, lub mąż wylałby nasienie na zewnątrz podczas współżycia, by nie poczęła, jak to czynili synowie Judy z Tamar, każde niech pości 2 lata o chlebie i wodzie” (Księga pokutna z Merseburga). Według Księgi pokutnej św. Huberta (IX w.) zażywanie tych bliżej nieokreślonych mikstur karane powinno być surową pokutą trwającą od dwóch do dziesięciu lat. W innym miejscu czytamy, że „Każda niewiasta, która przyjmuje jakieś napoje, niech wie, że ile razy miała począć i porodzić, tyle razy jest winna zabójstwa” (Księga pokutna Vigilanum z miasta Albelda, ok. 850-900 r.).

    Dekret Burcharda z Wormacji z XI w., który wywarł przemożny wpływ na postawy spowiedników w kolejnych epokach, stosowanie antykoncepcji wiązał ze środowiskiem prostytutek: „Czy czyniłaś to, co zwykły czynić niektóre kobiety, które gdy oddają się nierządowi i chcą zabić swój płód, spędzają go z łona czarami lub swoimi ziołami, tak że zabijają płód lub go spędzają, a jeśli jeszcze nie poczęły, to czynią tak, aby nie poczęły?”. Jedyną okoliczność „łagodzącą” stanowiła kondycja społeczna kobiety. Gdyby do nierządu zmusił ją brak środków do życia, wówczas pokuta była łagodniejsza. Z kolei piszący w XIII w. Tomasz Chobham o antykoncepcyjne praktyki oskarżał rozpustnice wdające się w cudzołożne romanse.

    Część kobiet miała stosować antykoncepcję ze strachu przed bólem podczas porodu. Z kolei na inną wyjątkową motywację stosowania tych środków zwrócił uwagę P. A. Biller – mężczyźni stosowali je, aby ich żony zachowywały wyjątkową urodę.

    Serce muła i stosunek z prostytutką

    Średniowieczne traktaty medyczne precyzyjnie wyjaśniały, czego nie powinno się czynić, jeśli pragnie się posiadać potomka. Niezmiernie długa lista tych wskazówek sugerować może zgoła odmienny charakter dzieł – zapewne były to zawoalowane traktaty antykoncepcyjne.

    Starając się o dziecko należało nie nosić przy sobie serca muła, gdyż miało skutecznie uniemożliwiać poczęcie. Przed ciążą ustrzec miał także talizman, który kobieta powinna przywiązać do swego ciała. Wykonywany był dwuetapowo – najpierw należało złapać samca łasicy, wykastrować go i wypuścić na wolność, a zdobycz przymocować do swego ciała.

    Kolejnych informacji dostarczają fragmenty tzw. „Katalogu magii Rudolfa”. XIII-wieczny zakonnik klasztoru cystersów w Rudach Raciborskich spisał niewielki traktat pt. Summa de confessionis discretionis, w którym m.in. omówił trzy pierwsze przykazania dekalogu, formułując katalog zwyczajów magicznych, przesądów i wierzeń ludowych. Wśród licznych praktyk mających np. zapewnić zdrowie dzieciom czy miłość małżonka, znajdują się także opisy zwyczajów stosowanych przez kobiety celem uniknięcia ciąży. Jak pisał, stosują one „także liczne niedorzeczne praktyki (...). Gdy siedzą albo leżą, kładą pod siebie kilka palców. Wierzą mianowicie, że tyle lat nie zajdą w ciążę, ile palców pod sobie podłożyły. To, co nazywają swoim kwiatem, rzucają na drzewo czarnego bzu i mówią: ty noś za mnie, a ja będę kwitła za ciebie. Niemniej jednak drzewo kwitnie dalej, a one rodzą dzieci w boleściach. Trochę tego samego swojego kwiatu rzucają za siebie, aby nie zajść w ciążę. Z niego też dają psu albo prosiakowi, albo rybce w wodzie, aby nie zajść w ciążę”.

    W wiekach średnich wierzono także, że prostytutka nie jest w stanie zajść w ciążę, dlatego współżycie z kobietą uprawiającą najstarszy zawód świata samo w sobie było antykoncepcyjne. Opinia ta wynikała z przekonania, że do poczęcia dziecka dochodzi w wyniku połączenia się nasienia męskiego i kobiecego, przy czym warunkiem powstania nasienia w ciele kobiety było odczuwanie przyjemności ze współżycia. W przypadku tzw. szalonych niewiast (tym mianem określano nierządnice w XV-wiecznym Paryżu) przyjemność ze stosunku była wykluczona.

    Co ciekawe, w średniowieczu uważano, że w czasie karmienia piersią należy powstrzymywać się od stosunków seksualnych. Obawiano się bowiem, że nasienie może zbrukać jakość mleka, a poprzez to zaszkodzić dziecku.

    Pedanius Dioskurydes, De Materia Medica, rękopis z XV w. / fot. PHGCOM, Wikimedia Commons, lic. public domain

    Kobiece miesięczne pastylki czy regulatory miesiączki

    Średniowieczne rękopisy skrywają także „bardziej naukowe” przepisy antykoncepcyjne. Pod niewinnie brzmiącymi lekarstwami na ból żołądka czy problemy z regularną miesiączką, zdaniem badaczy, kryły się środki wczesnoporonne. W rękopisie spisanym w IX w. w klasztorze benedyktyńskim w Lorsch, wśród licznych recept widnieje wykaz „leków” na ból brzucha, które powinny stosować kobiety, aby przywrócić regularny cykl menstruacyjny. Wśród składników tych środków wymieniono m.in.: pieprz, imbir, kmin, seler czy koper włoski. Były to mikstury poronne, a ich działanie z całą pewnością nie było zaskoczeniem dla autora rękopisu.

    Pieprz już w starożytności był znanym i powszechnym środkiem antykoncepcyjnym (spożywanym po odbyciu stosunku), podobnie znane były właściwości imbiru. Natomiast pietruszka, która wzmiankowana była w średniowiecznych traktatach medycznych, wśród wykazów środków poronnych pojawia się jeszcze na początku XX w. Z kolei seler, zdaniem części badaczy, to jeden z najstarszych znanych ludzkości środków poronnych, wspominany jest bowiem już w egipskich papirusach z ok. 1300 p.n.e. Natomiast roztwór zawierający nasiona kminku stosowano w celu „przywrócenia miesiączki” w Indiach aż do XX w.

    Rękopis z Lorsch pokazuje przemiany i postęp w odniesieniu do średniowiecznej medycyny. Dwa składniki: koper włoski i seler nie były wspominane w greckich i rzymskich traktatach medycznych. Wiedza odnośnie do pierwszego składnika upowszechniła się w epoce średniowiecza, świadczy o tym np. piśmiennictwo Marboda z Rennes (zm. w 1123 r.), który wspomina, że koper wywoływał menstruację.

    Składniki wymienione przez autora rękopisu z Lorsch stosowane były jeszcze w XIX w. Odnaleźć je można wśród składu reklamowanych wówczas środków pod niewinnie brzmiącymi nazwami: „kobiece miesięczne pastylki” czy „regulatory menstruacji”.

    Także właściwości wrotycza pospolitego znane były średniowiecznym lekarzom oraz autorom tekstów poświęconych medycynie kobiecej. Wybitna XII-wieczna mistyczka Hildegarda z Bingen jako pierwsza wzmiankowała jego właściwości poronne. W swych pracach, będąc świadoma, że stymulowanie miesiączki stanowi de facto aborcję, wymienia siedem środków, które zaklasyfikować można jako środki wczesnoporonne.

    Innymi ziołami nader często stosowanymi w średniowieczu celem uniknięcia ciąży lub wywołania poronienia były tzw. „Zioła królowej Anny”. Zaliczano do nich rośliny z gatunku Daucus carota (rośliny selerowate; nawet marchew zwyczajna znalazła się w tej grupie). Posługiwano się mieszankami ziół i przypraw: kopytnik pospolity, kokornak powojnikowy, bylica pospolita, łubin, pieprz, marchew, mirra, lukrecja gładka, mięta polna, ruta, piwonia, pietruszka czy cyprys.


    Rycina z XIII-wiecznego manuskryptu pseudo Apuleiusa „Herbarium” przedstawiająca ciężarną i osobę, która trzyma miętę i przygotowuje miksturę poronną / fot. z: John M. Riddle, Contraception and Abortion from the Ancient World to the Renaissance”, Wikimedia Commons, lic. public domain

    Praktykowano także zażywanie mięty wymieszanej z winem czy rutą, której właściwości wspomina już antyczny lekarz Soranus. Aplikowana była zarówno w formie doustnej, jak i w specjalnych czopkach. W pismach Pliniusza czytamy, że zażycie ruty miało ułatwić proces usuwania obumarłego płodu.

    Do grupy roślin antykoncepcyjnych średniowieczni uczeni zaliczali także, czerpiąc z dorobku antyku, jałowiec. Pisał o nim w I w. n.e. Pliniusz Starszy. Nasionami jałowca należało obsypać mężczyznę, ewentualnie wetrzeć jałowiec w męskie genitalia. Zdaniem Dioskurydesa stosować go mogły także kobiety.

    Macica zajęczą i wnętrzności jegoż

    Średniowieczni chętniej niż o antykoncepcji i aborcji wspominali techniki i rady mające na celu ułatwienie zajścia w ciążę.

    Tzw. Pseudo Albert Wielki w traktacie „O sekretach białogłowskich” (XIII/XIV w.) pisał: „Gdyby tedy kto chciał w tym białogłowę ratować, aby mogła począć mężczyznę, niech weźmie macicę zajęczą i wnętrzności jegoż, i niech to ususzy, i na proch zetrze, a to niech białogłowa wypije w winie. I także niech uczyni z jądrami zajęczymi na końcu miesiąca jej, a po tym niechaj przyjdzie do obcowania z mężem swoim, tedy pocznie w żywocie syna. Także niech weźmie niewiasta wełny niechędożnej, a w mleku oślim mocno warzy sierść kozią i niech ją przywiąże na pępku białogłowej, kiedy ma obcować z mężem – to mając na sobie, pocznie. (....) Znowu niech weźmie wątrobę z młodego wieprzka i jądra, i niech ususzy, i na proch zetrze, i niech da w napoju mężowi i białogłowie, a mężczyzna (…) będzie mógł płód puścić, i niewiasta która nie mogła począć, wtenczas pocznie (…) Białogłowa niech weźmie kamfory ziela startego na proch i niech pije z winem, a pocznie. Ale uryny męskiej picie szkodzi poczęciu. A zaś gdyby wzięła przyrodzone rzeczy zająca samice, a starła z miodem rozpuszczonym, i wzięła serce byka, a to wespół niech by się potężnie warzyło, a tego niech białogłowa zażywa w jeden tydzień – tak, aby raz więcej, drugi raz mniej – tedy pocznie. Także niewiasta ma zażywać gorących i posilnych potraw i ma dobry trunek pić i mocny, i ma podczas obcowania ochotnego strzec się, aby golenie podwyższone nasieniu nie przeszkadzały, a potym ma się przez robotę zagrzać dla zatrzymania nasienia, i prędko potym niechaj usypia, a bez wątpienia pocznie”.

    Także epoka nowożytna mierzyła się z coraz większym problemem bezpłodności. Leczono się drakońskimi metodami, uciekano się do magii. Ze starań tych, podejmowanych przez kanclerza A. Radziwiłła, dworował w jednym z dzieł Morsztyn:
    Jużeś i perły wyjadł, i apteki,
    Żeby przypisać dziecię do metryki.
    Pijesz dekokty i polewkę zdrową,
    Nawiedzasz z panią Gidle i Częstochową.

    Nowożytna medycyna do długiej listy średniowiecznych środków antykoncepcyjnych dopisała jeden jakże zabójczy składnik – rtęć. Preparaty rtęciowe stosowane były przy różnych chorobach i dolegliwościach (zwalczano nimi choroby weneryczne, wcierając rtęć w skórę), wdychano jej opary. Ten zabójczy środek skutecznie uśmiercał zarówno kobiety, jak i ich nienarodzone dzieci.

    Angielska czapeczka, francuska peleryna

    Historia jednego z najbardziej popularnych środków antykoncepcyjnych – prezerwatywy – sięga korzeniami epoki późnego średniowiecza lub wczesnej nowożytności, choć legendy wywodzą ją już z epoki starożytności (stosować ją miał już legendarny władca Krety Minos, a także Egipcjanie).


    Prezerwatywa z instrukcją w języku łacińskim, 1813 r., Lund University Historical Museum / fot. MatthiasKabel, Wikimedia Commons, lic. CC BY-SA 3.0

    Początkowo stosowanie prezerwatywy miało chronić przez chorobami wenerycznymi i nie łączono jej z zapobieganiem ciąży. Właśnie podstawowa funkcja prezerwatyw – ochrona przed kiłą – sprawiła, że najczęściej nazwy tego środka wiązano z mało lubianymi sąsiadami – w Anglii były to „francuskie peleryny”, we Francji „angielskie czapeczki”.

    Pierwsze wzmianki o ochronie przed zarażeniem chorobą francuską pochodzą z dzieła Gabriele Fallopio, włoskiego lekarza żyjącego w XVI w. Ten znany wykładowca medycyny w Padwie zalecał stosowanie lnianych prezerwatyw, które należało kilkakrotnie nasączyć w wywarze z cierpkich ziół. Instrukcja używania prezerwatywy odnaleziona w 1640 r. w Lund w Szwecji polecała, aby przed stosunkiem zanurzyć ją w ciepłym mleku, co miało zwiększyć jej skuteczność. Najdroższe prezerwatywy w XVII i XVIII w. wykonywano z pęcherzy rybich – były najlżejsze i najcieńsze (te odkryte na zamku Dudlmy koło Birmingham wiąże się z obecnością żołnierzy Karola I Stuarta, króla Anglii i Szkocji). Były zszywane, a mocowanie prezerwatywy ułatwiały jedwabne wstążeczki. Wykonywano je także z jelit zwierzęcych, np. kozich, a na terenie Chin używano nawoskowanego papieru ryżowego.

    Początkowo środek ten, nie tylko z racji wysokiej ceny, nie był zbyt popularny – nie wiedziano jeszcze o istnieniu i roli plemników (do 1677 r.), jak również zarazków powodujących choroby weneryczne (opisanych dopiero w 1862 r.). Prezerwatywy były wyjątkowo drogie, ich wyrób czasochłonny, skuteczność dość niewielka. Z terenów Anglii z XVIII w. poświadczony jest sklep, w którym zdesperowani mężczyźni obawiający się syfilisu mogli nabyć używane prezerwatywy. To, że był to produkt stosowany wielokrotnie, nikogo wówczas nie dziwiło. Jeszcze w XIX w., kiedy wykonywano je z gumy, odnaleźć można rady, w jaki sposób je prać i czyścić przed ponownym użyciem. W 1717 r. w Londynie funkcjonował sklep, w którym można było nabyć luksusowo wykonane prezerwatywy z jelit zwierzęcych. Wybredniejszym klientom oferowano limitowaną serię produktów – podbitych jedwabiem bądź aksamitem.


    Casanova (po lewej) nadmuchuje prezerwatywy, żeby sprawdzić ich szczelność, rycina z: G. Casanova, Mémoires, écrits par lui-meme, Bruxelles 1872, vol. 4 / fot. Wikimedia Commons, lic. public domain

    W XIX w. początkowo prezerwatywy wykonywano z jelit świńskich, mocowanych za pomocą kolorowych wstążek. Ponieważ cena prezerwatywy była wyjątkowo wygórowana, w XIX-wiecznych poradnikach dla gospodarnych kobiet odnaleźć można rady, jak samodzielnie je wykonać nabywając u rzeźników jelita zwierzęce. Zabytek taki odnaleziono w 2008 r. w uniwersyteckiej bibliotece w Salamance. W XVI-wiecznym podręczniku medycyny anonimowy czytelnik pozostawił dwie prezerwatywy ze świńskich jelit, zapakowane w gazetę z 1857 r.

    Począwszy od XVIII w. prezerwatyw zaczęto już używać w celu uniknięcia ciąży, a ich antykoncepcyjne właściwości wspomina słynny uwodziciel i kochanek Casanova.

    Gumowa rewolucja

    Prawdziwym przełomem w antykoncepcji było zastosowanie gumy w produkcji prezerwatyw. Dzięki udoskonaleniu technik wulkanizacji przez Charlesa Goodyeara i Hancocka z lat 40. XIX w., możliwe było wprowadzenie nowinek technicznych do świata medycyny. Do dzisiaj badacze spierają się w kwestii dokładnej daty pojawienia się pierwszych gumowych prezerwatyw. Powszechnie przyjmuje się datę 1876 r.

    Wśród antykoncepcyjnych środków wykonanych z gumy wspomnieć należy także o krążkach domacicznych, początkowo wykonywanych z twardej gumy. Ich zalety propagowali m.in. niemiecki lekarz Friedrich Adolph Wilde w 1838 r. czy Wilhelm Peter Johannes Mensinga w 1842 r. Szczęśliwie postęp techniczny umożliwił zastosowanie bardziej plastycznych i miękkich materiałów.

    Antykoncepcja w formie wspomnianych krążków znajdowała coraz większe grono zwolenników za sprawą byłej studentki Mensinga Aletty Jacobs, która w 1882 r. otworzyła w Niderlandach klinikę informującą o formach antykoncepcji. Ten tzw. „kubek Mensinga” pojawia się w Anglii na kartach publikacji książkowych w 1887 r. I choć wynalazek krążków dopochwowych nie był niczym nowym (znany był już w starożytnym Egipcie), zmienił się materiał, z którego je wykonywano. W miejsce łupiny orzecha, połówki owocu granatu czy połówki cytryny umieszczanych u ujścia szyjki macicy, zaczęto stosować miękką gumę.

    Pessarium dr. Mensinga / fot. z: Die Frau als Hausärztin. Mit 485 Original-Illustrationen, 38 Tafeln und Kunstbeilagen in feinstem Farbendruck, dem Porträt der Verfasserin und einem Modell-Album: Mann und Weib. 800,000 Jubiläumsausgabe. Süddeutsches Verlagsinstitut, Stuttgart 1911, Wikimedia Commons, lic. public domain

    Nowożytna medycyna znała szereg innych technik mających rzekomo właściwości antykoncepcyjne. Jedną z nich miało być podmywanie się po odbyciu stosunku. Z tych powodów pierwsze bidety (lata 30. XVIII w.) wiązano z praktykami antykoncepcyjnymi, a kobiety posiadające w swych mieszkaniach te urządzenia oskarżano o rozwiązłość. Począwszy od lat 50. XVIII w. bidety produkowano w specjalnych „wersjach” – wyposażone były w strzykawki, które miały ułatwić wypłukanie nasienia. Podobnym celom służyć miały prysznice czy obmywanie ciała octem, jak również wszelkie zabiegi określone w XVIII i XIX w. enigmatycznym mianem „higieny damskiej”.

    Prawdziwa rewolucja w historii środków antykoncepcyjnych miała miejsce w latach 50. XX w., kiedy badania G. Pincusa i J. Rocka zaowocowały powstaniem pigułki antykoncepcyjnej. Wynalazek ten odmienił sferę życia intymnego, zaowocował tzw. rewolucją seksualną. Skończył się okres w historii antykoncepcji, kiedy triumfowała magia, przesądy i zabobony.

    Dr n. hum. Wiktor Szymborski – pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się dziejami średniowiecznej kultury religijnej.

    Cytaty pochodzą z następujących prac:

    Libri poenitentiales. Księgi pokutne (tekst łaciński, grecki i polski), układ i opracowanie A. Baron, H. Pietras SJ, Kraków 2011, s. 307, 394, 409
    E. Karwot, Katalog Magii Rudolfa. Źródło etnograficzne XIII wieku, Wrocław 1955, s. 26-27
    Pseudo Albert Wielki, O sekretach białogłowskich, oprac. J. Kroczak, J. Zagożdżon, wstęp J. Zagożdżon, Wrocław 2012, s. 146, 147
    Z. Kuchowicz, Z dziejów obyczajów polskich w wieku XVII i pierwszej połowie XVIII w., Warszawa 1957, s. 304

    Wybrana literatura:

    Biller P.P.A., Birth-Control in the West in the Thirteenth and Early Fourteenth Centuries, "Past and Present", 1982, no 94, s. 3-26
    Bullough Vern L., A Brief Note on Rubber Technology and Conttraception: The Diaphragm and the Condom, "Technology and Culture", 1981, vol. 22, no 1, s. 104-111
    Green Monica, Contraception, [w:] Women and Gender in Medieval Europe an Encyclopedia, ed. Margaret Schaus, New York-London 2006, s. 167-169
    Hopkins Keith, Contraception in the Roman Empire, "Comparative Studies in Society and History", 1965, vol. 8, no 1, s. 124-151
    Karras Ruth Mazo, Seksualność średniowieczna, przekład A. Bugaj, Warszawa 2012
    Martos Ana, Historia antykoncepcji, przekład S. Bończyk, Warszawa 2012
    Potts Malcolm, Campbell Martha, History of Contraception, "Gynecology and Obstetrics", 2002, vol. 6, chp. 8, pp. 1-27
    Riddle John M., Contraception and early abortion in the Middle Ages, [w:] Handbook of Medieval Sexuality, ed. V. L. Bullough, J. A. Brundage, New-York-London 1996, s. 261-279
    Riddle John M., Oral Contraceptives and Early-Term Abortifacients during Classical Antiquity and the Middle Ages, "Past and Present", 1991, no 132, s. 3-32
    Tietze Christopher, History of Contraceptive Methods, "The Journal of Sex Research", 1965, vol. 1, no 2, s. 69-85

  • Ochrona przed zakażeniem HPV oraz postępowanie po zakażeniu HPV
    Ostatnio u 25-letniej córki i u mnie stwierdzono III grupę w cytologii w związku z zakażeniem HPV serotyo 6 i 42. Córka niedługo wychodzi za mąż. Zależy mi bardzo, by wyleczyć córkę przed zajściem w ciążę.
    Więcej

    Pytanie nadesłane do redakcji

    Ostatnio u 25-letniej córki i u mnie stwierdzono III grupę w cytologii w związku z zakażeniem HPV serotyo 6 i 42. Córka niedługo wychodzi za mąż. Zależy mi bardzo, by wyleczyć córkę przed zajściem w ciążę. Jak to zrobić? Jak wykryć wirusa u partnera?

    Odpowiedział

    dr hab. med. Ernest Kuchar
    Klinika Pediatrii i Chorób Zakaźnych
    Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu

    Metoda Papanicolaou, która polega na ocenie mikroskopowej komórek nabłonka wielowarstwowego płaskiego, pokrywającego część pochwową szyjki macicy jest najczęściej wykonywanym badaniem cytologicznym u kobiet. Badanie polega na mikroskopowej ocenie wyglądu komórek nabłonka po uprzednim ich utrwaleniu i wybarwieniu. Badanie to pozwala ocenić stopień ryzyka rozwoju raka szyjki macicy. By ujednolicić rozpoznanie na podstawie obrazu komórek stworzono klasyfikację badań cytologicznych według Papanicolaou na grupy od I do V. Grupa III oznacza, że w rozmazie stwierdzono nieprawidłowe komórki tzw. dysplastyczne, które nie mają jeszcze cech złośliwości, ale mogą poprzedzać wystąpienie nowotworu. W badaniu struktura nabłonka jest zaburzona i stwierdza się komórki z cechami dysplazji niewielkiego, średniego lub znacznego stopnia. Jest to zatem wynik nieprawidłowy, „podejrzany”, bo w rozmazie widać komórki nieprawidłowe (tzw. dysplastyczne, które mogą się przekształcić w nowotworowe). Pewności co do rozpoznania stanu przednowotworowego nie ma, gdyż zmiany małego stopnia są czasem wynikiem odczynu zapalnego i mogą się cofnąć po leczeniu. Przy średniej lub dużej dysplazji trzeba wykonać dodatkowe badania, np. kolposkopię (oglądanie szyjki macicy przez mikroskop ginekologiczny) lub biopsję (pobranie wycinków z szyjki macicy do badania histopatologicznego). Zakażenia HPV są bardzo częste - większość kobiet będzie lub była zakażona w swoim życiu.

    Zakażenie HPV, zwłaszcza przez szczepy onkogenne, zwiększa ryzyko rozwoju raka, ponieważ obserwacje wskazują, u kilkunastu procent kobiet zakażonych HPV z nieprawidłowym wynikiem PAP dochodzi w ciągu 2 lat do rozwoju raka szyjki macicy. W takim przypadku wskazane jest wykonanie kolposkopii oraz wycinka. Szczęśliwie w Pani i córki przypadku stwierdzono serotypy małego ryzyka (zaliczamy do nich: 6, 11, 40, 42, 43, 44, 54, 61, 70, 72, 81, oraz CP6108), niemniej powinna Pani umówić się na konsultację ginekologiczną w celu ustalenia dalszego postępowania. Zakażenie HPV w większości przypadków ustępuje samo. Nie dysponujemy jak na razie skutecznym leczeniem zakażenia HPV - badania trwają, wstępne wyniki są obiecujące.

    Już obecnie dostępna jest skuteczna profilaktyka zakażeń HPV za pomocą szczepień ochronnych (np. Silgard). Niestety szczepienia należy zastosować przed zakażeniem, zatem narzeczonego córki będzie można zaszczepić, jeśli nie uległ jeszcze zakażeniu. Diagnostykę zakażenia HPV metodą PCR można prowadzić także u mężczyzn - wymaz pobiera się z penisa, moszny, odbytu lub z cewki moczowej.

    Podsumowując, badanie cytologiczne oraz oznaczenia HPV są zalecane jako profilaktyka raka szyjki macicy i powinny być regularnie wykonywane u kobiet (np. co roku). Dysplazja małego stopnia może być następstwem stanu zapalnego i ustąpić po zastosowanym leczeniu. Przy bardziej nasilonych zmianach dysplastycznych konieczna jest dalsza diagnostyka (badanie kolposkopowe i pobranie wycinków do badania histopatologicznego). Zakażenia HPV są bardzo częste - większość kobiet i mężczyzn będzie lub była zakażona w swoim życiu. Diagnostykę można prowadzić u obu płci. Zakażenie HPV może ustąpić samo lub przejść w zakażenie przetrwałe. Nie znamy skutecznego sposobu jego leczenia, natomiast dostępna jest skuteczna profilaktyka za pomocą szczepień ochronnych (np. Silgard) - narzeczonego córki można zaszczepić, jeśli nie uległ jeszcze zakażeniu.

  • Ciężarne nie wiedzą o prawie do bezpłatnych wizyt położnej
    Ciężarne mają prawo do bezpłatnych spotkań z położną – jednego tygodniowo po 21 tyg. ciąży i dwóch tygodniowo od 32 tyg. ciąży – przypominają ekspertki, dodając, że wiele pacjentek o tym nie wie.
    Więcej

    Ciężarne mają prawo do bezpłatnych spotkań z położną – jednego tygodniowo po 21 tyg. ciąży i dwóch tygodniowo od 32 tyg. ciąży – przypominają ekspertki, dodając, że wiele pacjentek o tym nie wie.

    Opinię taką wyraziły w piątek konsultantka krajowa ds. pielęgniarstwa położniczego i ginekologicznego Leokadia Jędrzejewska oraz prezes Polskiego Towarzystwa Położnych dr hab. Grażyna Iwanowicz-Palus, które uczestniczyły w spotkaniu dotyczącym drugiej edycji konkursu „Położna na medal”.

    – Kobiety w większości nie mają świadomości, że mogą korzystać z finansowanej przez NFZ opieki położnej podczas ciąży. Często zapisują się do szkół rodzenia, nie zawsze prowadzonych przez osoby posiadające właściwe kwalifikacje, płacąc za to znaczne kwoty – mówiła Jędrzejewska.

    Warunkiem skorzystania z porad położnej jest, jak wskazywała, skierowanie lekarza ginekologa sprawującego opiekę nad kobietą ciężarną. Jej zdaniem lekarze zbyt rzadko kierują pacjentki do położnych. W jej ocenie brakuje informacji – np. plakatów i ulotek na ten temat w przychodniach i szpitalach, dlatego kobiety nie upominają się o taką możliwość.

    Jędrzejewska podkreśliła, że spotkania z położną mogą być niezwykle cenne dla młodych matek – pozwalają zdobyć wiedzę o przebiegu ciąży, porodzie – np. możliwości opracowania jego planu, oraz o połogu, a także uspokoić ewentualne obawy ciężarnej i umożliwić poznanie położnej.

    Oceniła, że warto byłoby opracować jeden wzór karty przebiegu ciąży (obecnie jest dowolność w tym zakresie, ale trwają prace nad ujednoliceniem dokumentacji), zawierający rubrykę o skierowaniu do położnej.

    Ekspertka przypominała, że kobieta ma prawo do opieki położnej także po porodzie, w ramach tzw. wizyt patronażowych. Położna ocenia podczas nich m.in. stan dziecka, służy radą w sprawach dotyczących pielęgnacji malucha.

    – Przepisy w zakresie opieki położnej nad kobietą przed porodem, w jego trakcie i po nim, są doskonale skonstruowane, czasami szwankuje jednak praktyka – oceniła Jędrzejewska.

    Wskazała w tym kontekście – powołując się na wyniki badań w placówkach medycznych – że tylko 20% kobiet posiada tzw. plan porodu.

    Konkurs „Położna na medal” będzie w tym roku organizowany po raz drugi. Kandydatki do drugiej edycji konkursu można będzie zgłaszać od 1 kwietnia do końca roku. Konkurs ma charakter ogólnopolski.

  • Lepiej późno niż wcale
    „Dlaczego niektóre szpitale nie chcą znieczulać rodzących? Czy chodzi o zbyt niską wycenę porodu i brak zróżnicowania na znieczulany lub nie?” – pytaliśmy w wywiadzie opublikowanym na portalu Medycyna Praktyczna 9 marca, a więc kilka dni temu. Teraz MZ podjęło temat.
    Więcej

    „Dlaczego niektóre szpitale nie chcą znieczulać rodzących? Czy chodzi o zbyt niską wycenę porodu i brak zróżnicowania na znieczulany lub nie?” – pytaliśmy w wywiadzie opublikowanym na portalu Medycyna Praktyczna kilka dni temu. Teraz MZ podjęło temat.

    Nasz rozmówca, lek. Tomasz Langie, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, odpowiedział na pytania Jakuba Grzymka wprost: – Problem jest w tym, że NFZ, a wcześniej Kasy Chorych, od 20 lat nie potrafią dojść do porozumienia z lekarzami w sprawie refundowania znieczuleń porodów. Kiedy zaczęły się porody ze znieczuleniem, zadzwoniłem do Kasy Chorych z pytaniem, jak oni wyceniają w punktach czy pieniądzach tę procedurę. Osoba po drugiej stronie słuchawki odpowiedziała natychmiast, bez konsultacji z nikim: „Panie doktorze, nas nie interesuje, czy poród jest znieczulany, czy nie. Nas interesuje produkt, jakim jest poród”. Wtedy zrozumiałem, że mówimy po polsku, ale języki mamy różne. I tak jest do dzisiaj.

    Tak było, jeszcze kilka dni temu – można powiedzieć. 12 marca „Gazeta Wyborcza” podała informację, że Ministerstwo Zdrowia po latach nacisków ze strony środowiska lekarskiego (kilka lat temu o uregulowanie refundacji znieczulenia przy porodach apelowała Naczelna Izba Lekarska) podjęło temat. Bartosz Arłukowicz chce, by Narodowy Fundusz Zdrowia zaczął dopłacać do porodów, przy których zostanie zastosowane znieczulenie zewnątrzoponowe.

    Szczegółów – brak. Ministerstwo Zdrowia nie potrafi odpowiedzieć na pytanie o przybliżoną datę wprowadzenia nowych rozwiązań, ale można się spodziewać, że nastąpi to szybko – jest przecież czas kampanii wyborczej, a partia Ewy Kopacz chce iść do wyborów jako ta, która potrafi załatwiać sprawy ważne dla zwykłych Polaków. I wiele rozwiązań, których nie udało się przeprowadzić przez blisko osiem lat, teraz ma szansę na realizację. Również w ochronie zdrowia.

    Byłoby dobrze, gdyby urzędnicy podali więcej konkretów. Czas ku temu jest najwyższy, bo same obietnice to za mało. Szpitale nie mają pieniędzy na kredytowanie procedur znieczulenia przy porodach – zwyczajnie nie stać ich na dodatkową pracę anestezjologów.

    – Od 2012 roku słyszymy zapowiedzi Bartosza Arłukowicza, że resort zapewni kobietom porody bez bólu. Projekt utknął jednak na ministerialnym biurku. To samo wcześniej deklarowała z trybuny sejmowej Ewa Kopacz, kiedy była ministrem zdrowia. Już 19 lat trwa ta batalia. Ale nie mamy więcej argumentów, skoro nie wystarcza fakt, że to przecież osobna procedura medyczna – to jeszcze jeden cytat z naszego wywiadu.

    Wydawać by się mogło, że ministerstwo, deklarując wolę płacenia za znieczulenia przyznało, że jest to świadczenie dodatkowe, którego wycena nie jest ujęta w cenie porodu, przy czym do tej pory upierał się Narodowy Fundusz Zdrowia. Jednak odpowiedź, jaką uzyskaliśmy z biura prasowego resortu wskazuje, że nie jest to oczywiste: „Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia z dnia 22 listopada 2013 r. w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia szpitalnego (Dz. U. poz. 1520, z późn. zm.), poród stanowi świadczenie gwarantowane.

    Również procedura znieczulenia znajduje się w wykazie świadczeń gwarantowanych. W związku z tym bezpłatne są wszystkie procedury medyczne związane z udzieleniem tego świadczenia – także łagodzenie bólu wszystkimi dostępnymi metodami. Regulacje prawne zapewniają kobietom rodzącym bezpłatny dostęp do porodu, a w ramach tego świadczenia także do wszelkich metod łagodzenia bólu, w tym znieczulenia zewnątrzoponowego. Jednocześnie informuję, że sposób rozliczenia kosztów świadczenia gwarantowanego należy do Narodowego Funduszu Zdrowia. Ministerstwo Zdrowia jeszcze nie podjęło decyzji, kiedy przepisy o finansowaniu znieczulenia przy naturalnym porodzie miałyby wejść w życie”. Sęk w tym, że NFZ w tej samej sprawie odsyła do...Ministerstwa Zdrowia.

    Lepiej późno niż wcale – bez wątpienia. Dobrze, że ministerstwo słyszy głosy płynące ze środowiska medycznego, również z branżowych mediów. W ostatnich miesiącach, ba, raczej w ostatnich latach, wydawało się, że do resortu zdrowia nie przemawiają żadne argumenty, nawet najbardziej oczywiste. Oficjalny głos ministerstwa zresztą każe powściągać optymizm.

  • Ruszył proces ws. odwołania prof. Chazana
    Przed sądem pracy ruszył proces, w którym prof. Bogdan Chazan domaga się przywrócenia go na stanowiska dyrektora Szpitala św. Rodziny w Warszawie. Został odwołany z tej funkcji po tym, gdy - mimo przesłanek medycznych - odmówił legalnej aborcji jednej z pacjentek.
    Więcej

    Przed sądem pracy ruszył proces, w którym prof. Bogdan Chazan domaga się przywrócenia go na stanowiska dyrektora Szpitala św. Rodziny w Warszawie. Został odwołany z tej funkcji po tym, gdy - mimo przesłanek medycznych - odmówił legalnej aborcji jednej z pacjentek.

    Na pierwszej rozprawie przesłuchiwanych jest czterech świadków - przedstawicieli szpitala. Rozprawa odbywa się z wyłączeniem jawności, o co wnioskował prof. Chazan i jego pełnomocnik, ze względu m.in. na tajemnicę lekarską.

    W kwietniu 2014 r. Chazan - powołując się na klauzulę sumienia - odmówił kobiecie wykonania w szpitalu aborcji, choć były do tego wskazania medyczne ze względu na wady płodu. Z raportu urzędu miasta wynikało, że działając jako dyrektor szpitala, a nie będąc lekarzem prowadzącym pacjentki, w świetle obowiązujących przepisów nie mógł powołać się na klauzulę sumienia, ponieważ ma ona charakter indywidualny. Nie wskazał też pacjentce - do czego był zobowiązany - innego lekarza lub placówki, gdzie można zabieg wykonać.

    Chazan pozwał szpital św. Rodziny, choć - jak mówił jego pełnomocnik mec. Jerzy Kwaśniewski - odpowiedzialny za wadliwość decyzji o odwołaniu profesora jest ratusz; to prezydent Warszawy podjęła decyzję o odwołaniu Chazana. - Jest to niewygodna okoliczność szczególnie dla profesora, pozwanym w tym postępowania musi być szpital św. Rodziny ze względu na pewne formalne wymogi dotyczące zarządzania personelem i spraw z zakresu prawa pracy. Organem wykonującym zadania pracodawcy wobec profesora jest prezydent miasta stołecznego Warszawy (to Hanna Gronkiewicz-Waltz podjęła decyzję o jego odwołaniu – PAP), tak samo jak w przypadku innych szpitali miejskich. Dlatego zdajemy sobie sprawę, że odpowiedzialny za wadliwość tej decyzji (o odwołaniu – PAP) jest ratusz, ale ratusza nie można w tej sprawie pozwać – dodał mecenas.

    Profesor domaga się przywrócenia go na stanowisko dyrektora szpitala. - W naszej opinii przyczyny wypowiedzenie pracy podane w uzasadnieniu decyzji są przyczynami fikcyjnymi. Prawdziwą przyczyną jest dyskryminacyjna polityka urzędu miasta, który wypowiedział umowę o pracę ze względu na światopogląd pana profesora, wyrażony poprzez powołanie się na klauzulę sumienia – zaznaczył mecenas.

    Zdaniem mec. Kwaśniewskiego bezpodstawne są też argumenty miasta, że Chazan nie mógł powoływać się na klauzulę sumienie – bo był dyrektorem placówki.

    - Posłużenie się klauzulą sumienie w tym konkretnym przypadku nie miało żadnego wpływu na realizację praw zdrowotnych i żadnego wpływu na prawo do informacji pacjentki. Pacjentka została właściwie, można powiedzieć, obsłużona przez swojego lekarza prowadzącego, z tego szpitala, podwładnego profesora Chazana. Decyzja dyrektora szpitala, będącego zarazem lekarzem, w żadnym stopniu nie wpływała na realizację jej praw, i tym samym nie mogła być ważną podstawą do wypowiedzenia umowy o pracę - dodał.

    Mecenas podkreślał, że pacjentka "otrzymała wszystkie informacje, jakie były jej potrzebne, z odpowiednim wyprzedzeniem". - Niezwłocznie po odmowie wykonania aborcji jej lekarz prowadzący skierował ją do innego szpitala, który był gotów na przeprowadzenia aborcji. Tam również jej odmówiono aborcji, wskazując, że w opinii lekarzy termin wykonania aborcji minął, zanim poprosiła o to profesora Chazana – dodał.

    Z kolei Chazan przed rozprawą powiedział dziennikarzom, że ma nadzieję, iż zostanie przywrócony na stanowisko dyrektora placówki, gdyż - jak zapewnił - przez 10 lat swojej pracy udowodnił, że potrafi kierować szpitalem, i doprowadził m.in. do tego, że wiele pacjentek zdecydowało się korzystać z usług szpitala. - Nie czuję winny, przez te 10 lat udowodniłem, że potrafię kierować szpitalem, wyprowadziłem go na prostą. Szpital uzyskał zaufanie pacjentek, o czym świadczy wzrost liczby pacjentek leczonych, liczby porodów. Nie czuję się winny, również jeśli chodzi o klauzulę sumienia uważam, że przysługiwała mi. Miałem aneks z miastem, w którym zobowiązałem się do świadczenia usług medycznych – powiedział profesor.

    Przyznał, że brakuje mu pracy w szpitalu. - Przez całe życie pracowałem w szpitalu, atmosfera szpitala, praca szpitala, to, co się tam dzieje, operacje, porody, były do tej pory sensem mojego życia, mam nadzieję, że do emerytury będę mógł pracować w szpitalu - dodał. Dopytywany przez dziennikarzy dodał, że obecnie pracuje jako wykładowca na uniwersytecie w Kielcach oraz jako lekarz w prywatnym gabinecie.

    Podstawą odwołania profesora były wyniki kontroli miasta oraz fakt - jak informował ratusz - że nie poinformował on pacjentki o granicznym terminie wykonania aborcji, czym ograniczył jej prawo do informacji. Wypowiedzenie z pracy otrzymał w lipcu ub.r. Oceniał wówczas, że kara jest niezasłużona, a jej wysokość - nieproporcjonalna.

    Kobieta zgłosiła się do szpitala św. Rodziny w 22. tygodniu ciąży, kiedy aborcja była jeszcze zgodna z prawem. Ostatecznie dziecko urodziła w innym szpitalu; z powodu ciężkich wad zmarło niedługo po narodzinach. W warszawskim sądzie okręgowym jest jej pozew o zadośćuczynienie; domaga się miliona zł.

    Sprawa wywołała duże poruszenie i przeciwstawne oceny - w zależności od światopoglądu komentujących.

    W Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Mokotów toczy się śledztwo ws. "narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu". Podstawą prawną śledztwa jest art. 160 par. 2 Kodeksu karnego, który przewiduje karę od 3 miesięcy do 5 lat więzienia dla osoby, która - mając obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo - naraża ją na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. We wtorek rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej Przemysław Nowak potwierdził, że wpłynęła opinia biegłych w tej sprawie. Ocenił, że nie daje ona podstaw do stawiania zarzutów, ale nie ujawnił jej konkluzji. Zaznaczył, że śledztwo trwa, a pod koniec marca ma być jako świadek przesłuchiwany sam Chazan (gdyby miał usłyszeć zarzuty, nie wzywano by go jako świadka, lecz podejrzanego - PAP).

    Prof. Chazan mówił, że "aborcję uważa za zabójstwo niewinnego człowieka". Przyznawał zarazem, że aborcji dokonywał w przeszłości - czego dziś się wstydzi. Jest on jednym z sygnatariuszy "Deklaracji wiary", gdzie zapisano m.in. pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim oraz potrzebę "przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji". Podpisując ją, lekarze i studenci medycyny deklarują, że nie będą wykonywać zabiegów sprzecznych z ich światopoglądem.