30 października 2014 roku
poczta
zaloguj się
 
Poczet Lekarzy
medycyna praktyczna dla pacjentów

Chirurg onkolog Wrocław

Parametry wyszukiwania:

 Wszyscy  A B C Ć Č D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W Y Z Ź Ż

Wyniki wyszukiwania

   Dalej »
Lekarz Kinga Dagmara Chabik

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

prof. nadzw. dr hab. n. med. Jan Godziński

Chirurg dziecięcy, Chirurg onkolog

Chirurgia dziecięca, Chirurgia onkologiczna

Lekarz Zbigniew Krawczuk

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

Lekarz Tadeusz Ożga

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

Dr n. med. Jacek Rać

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

   Dalej »

Poczet Lekarzy zawiera wyłącznie wizytówki stworzone przez lekarzy. Jesteś lekarzem i nie ma Cię w bazie: stwórz wizytówkę!

Przeczytaj też

  • Czy zawodowe narażenie na chrom może przyczyniać się do rozwoju raka płuc?
    Od jakiegoś czasu w pracy mam styczność z pyłami powstałymi w wyniku szlifowania stali nierdzewnych/kwasoodpornych. Niestety z początku nie miałem pojęcia, iż zawierają one w sobie chrom, który jest bardzo toksyczny i przez pierwszy miesiąc nie stosowałem maski ochronnej. Czy istnieją jakieś metody skutecznego oczyszczania płuc/neutralizowania rakotwórczego działania chromu?
    Więcej

    Pytanie nadesłane do redakcji

    Od jakiegoś czasu w pracy mam styczność z pyłami powstałymi w wyniku szlifowania stali nierdzewnych/kwasoodpornych. Niestety z początku nie miałem pojęcia, iż zawierają one w sobie chrom, który jest bardzo toksyczny i przez pierwszy miesiąc nie stosowałem maski ochronnej/przeciwpyłowej. Teraz bardzo się denerwuję, ponieważ obawiam się, że mogę zachorować na nowotwór płuc. Proszę mi powiedzieć, czy po tak krótkim czasie wdychania pyłów z chromem jest to w ogóle możliwe, czy mam się czego obawiać, a jeżeli nie daj Boże tak, to czy istnieją jakieś metody skutecznego oczyszczania płuc/neutralizowania rakotwórczego działania chromu, aby móc zapobiec chorobie, a przynajmniej zminimalizować ryzyko jej wystąpienia.

    Odpowiedziała

    lek. med. Iwona Witkiewicz
    specjalista chorób płuc
    Ordynator Oddziału Chorób Płuc i Gruźlicy Specjalistycznego Szpitala im. prof. A. Sokołowskiego w Szczecinie
    Konsultant wojewódzki w dziedzinie chorób płuc i gruźlicy województwa zachodniopomorskiego

    Rzeczywiście istnieje wiele dowodów, że zawodowe narażenie na chrom może przyczyniać się do powstania raka płuca. Większość opracowań wskazuje jednak, że narażenie to jest największe dla pracowników zakładów galwanicznych, gdzie powstaje mgła z kwasu chromowego niż wśród pracowników obróbki metali, gdzie narażenie jest znacznie niższe. W dużej metaanalizie 49 badań epidemiologicznych o szkodliwości zawodowej chromu w większości dotyczących zakładów galwanicznych, wykazano, że standaryzowany współczynnik śmiertelności na choroby nowotworowe wyniósł 112 (SMR=112), co oznacza, że na każde 100 zgonów z powodu raka u osób nieobciążonych zawodowo chromem w grupie obciążonej zawodowo wystąpi 112 takich zgonów. Metaanaliza ta potwierdziła, że chrom jest słabszą w stosunku do innych czynników szkodliwych, takich jak dym tytoniowy, azbest czy radon, przyczyną raka płuca.

    Wszystkie prace o szkodliwości chromu, do których dotarłam i które oceniały narażenie zawodowe na raka płuca nie wykazywały wzrostu zachorowań na raka płuca przy narażeniu trwającym krócej niż rok, a Pan pisze na szczęście o narażeniu przez miesiąc. Wydaje mi się, że w tej sytuacji może się czuć Pan bezpiecznie i oczywiście w dalszym przebiegu pracy zawodowej nie rezygnować ze środków ochrony osobistej, takich jak maska przeciwpyłowa.

    Nie znam natomiast metod skutecznego oczyszczania płuc z pyłów toksycznych, ale proponuje długie i energiczne (wymagające głębokich oddechów) spacery na świeżym (niezanieczyszczonym) powietrzu.

    Piśmiennictwo:

    Cole P., Rodu B.: Epidemiologic studies of chrome and cancer mortality: a series of meta-analyses. Regul. Toxicol. Pharmacol. 2005; 43(3): 225-231. Epub 2005 Aug 15.
    Sorahan T., Burges D.C.L., Hamilton L., Harrington J.M.: Lung cancer mortality in nickel/chromium platers, 1946-1995. Occup. Environ Med. 1998; 55: 236-242.
  • 1984
    W takich sytuacjach kardiolog, onkolog czy chirurg może pomyśleć: „Jestem niczym Bóg. Wskrzeszam, czynię to, czego zwykły śmiertelnik nie dałby rady”. Ale równolegle wraca pamięć tych wszystkich ludzi, którzy umarli na stole operacyjnym lub ich organizm nie wytrzymał kolejnej chemii. To trenuje pokorę, nie pozwala utrzymywać w sobie zbyt długo przekonania o pierwiastku boskości. Pewne jest zaś jedno: coś z Boga trzeba było mieć, by dokonywać przełomów medycznych, w systemach, które nic innego nie robiły poza rzucaniem kłód pod nogi i odbieraniem nadziei.
    Więcej

    Rok 1984. Warszawa, szpital wojskowy przy Szaserów. Zespół w składzie – Wiesław Jędrzejczak, Cezary Szczylik i Zygmunt Pojda – podejmuje się wykonania pierwszego w Polsce przeszczepu szpiku kostnego nienarządowego. Zabieg wygląda w ten sposób: pobiera sie coś, co wygląda jak krew, i przeszczepia nie w miejsce chorego narządu, tylko przetacza do żyły. Nowe komórki mają zasiedlić miejsce po wcześniej zniszczonym szpiku. Pierwszą pacjentką jest sześcioletnia Ola cierpiąca na zespół Diamonda-Blackfanaod. Choroba polega na tym, że od urodzenia organizm nie wytwarza czerwonych krwinek, żyje się dzięki transfuzjom, umiera się zazwyczaj w wieku 10 lat. Dawcą szpiku jest czteroletnia siostra Oli. Przed zabiegiem lekarze muszą poinformować rodziców dziewczynki, że będzie on w Polsce pionierski, nikt wcześniej przed nimi tego tu nie robił. Trudności jest więcej: szpital nie dysponuje salą przeszczepową, na okoliczność operacji trzeba przystosować separatkę. Brakuje nie tylko urzadzeń do napromieniania, ale i elementarnych igieł; profesor Jędrzejczak konstruuje specjalną do pobierania szpiku. Chory szpik Oli trzeba zniszczyć chemioterapeutykiem – busulfanem. Tyle, że brakuje preparatu w odpowiednich gramaturach. Dziewczynka, by połknąć niszczacą dawkę busulfanu, musi zjadać go garściami. Przy zaburzeniach ze strony przewodu pokarmowego, które mają prawo się zdarzyć, sześciolatka może odmówić.

    Dziś Ola jest dorosłą kobietą – skończyła studia, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Zaś ten pierwszy udany przeszczep dokonany w ponurym orwellowskim roku, dał zespołowi Jędrzejczaka siłę do wykonywania kolejnych. Na Szaserów zaczęli przyjeżdżać chorzy z różnych stron Polski. Lecz wojsku przestało się to podobać – obawiano się, że szpital nie udźwignie rozgłosu, a zwłaszcza kosztów leczenia kolejnych pacjentów. Pilnowano, by ten wielki sukces w powojennej polskiej medycynie nie został nagłośniony: lekarzom zabroniono udzielać na ten temat wywiadów. A w roku 1987 na posiedzeniu komitetu partyjnego szpitala zapadła decyzja o rozwiązaniu zespołu.

    Znakomity film „Bogowie” opowiada podobną historię. Rzecz dotyczy kilku wyboistych lat w karierze profesora Zbigniewa Religii. W latach 80. charyzmatyczny kardiochirurg wylądował w centrum bitewnego peerelowskiego układu (później stał się jego częścią) i komunistycznego ubóstwa. I z otaczającymi go homo sovieticus toczy walkę o możliwość wykonania pierwszego przeszczepu serca. Nie słucha prominentów, którzy po pierwsze podcinają mu skrzydla nie dając wiary w to, że transplantacja może się w ogóle udać, a po drugie skutecznymi ruchami usiłują uniemożliwić działanie. Religa 5 listopada 1985 roku przeprowadza pierwszy w Polsce udany przeczep serca. Pacjent umiera dwa miesiące później. Przyczyna: sepsa. Powód: zbyt duża ilość dawek leków immunosupresyjnych odbierających organizmowi moc do zwalczenia infekcji. Ale bariera moralna zostaje raz na zawsze przełamana: bijące jeszcze serce pobrano z jednego ciała i włożono w inne.

    Rok 1987 w polskich transplantacjach jest przełomowy. Wtedy jeszcze docent Religa czyta list „Jestem nauczycielem. Choruję na serce. Proszę o pomoc”. 5 sierpnia Tadeusz Żytkiewicz jest operowany. Dziś ma 88 lat, serce od Religii bije w nim od lat 27. W takich sytuacjach kardiolog, onkolog czy chirurg może pomyśleć: „Jestem niczym Bóg. Wskrzeszam, czynię to, czego zwykły smiertelnik nie dałby rady”. Ale równolegle wraca pamięć tych wszystkich ludzi, którzy umarli na stole operacyjnym lub ich organizm nie wytrzymał kolejnej chemii. To trenuje pokorę, nie pozwala utrzymywać w sobie zbyt długo przekonania o pierwiastku boskości. Pewne jest zaś jedno: coś z Boga trzeba było mieć, by dokonywać przełomów medycznych, w systemach, które nic innego nie robiły poza rzucaniem kłód pod nogi i odbieraniem nadziei.

  • W Warszawie otwarto bezpłatną poradnię dla stomików
    W ramach kampanii „STOMAlife. Odkryj stomię” osoby ze stomią z Warszawy i okolic mogą otrzymać wsparcie w nowo otwartej poradni stomijnej przy ul. Czerniakowskiej 231.
    Więcej

    W ramach kampanii „STOMAlife. Odkryj stomię” osoby z wyłonioną stomią z Warszawy i okolic mogą otrzymać wsparcie w nowo otwartej poradni stomijnej przy ul. Czerniakowskiej 231.

    W poradni dyżurują doświadczone pielęgniarki stomijne. Udzielają informacji na temat pielęgnacji i higieny stomii, a także doradzają, jak prawidłowo dobrać sprzęt stomijny. Można tam także uzyskać wsparcie ze strony psychologa czy skorzystać z konsultacji z lekarzem, dietetykiem, rehabilitantem. Zarówno dla stomików, jak i ich najbliższych wizyty są bezpłatne, nie trzeba mieć na nie skierowania, a wcześniejsza rejestracja odbywa się drogą telefoniczną pod numerem 665 788 008.

    - Edukacja w zakresie pielęgnacji i higieny stomii jest bardzo ważna w procesie rekonwalescencji pacjenta. Zarówno wsparcie merytoryczne, jak i psychiczne daje pacjentowi szansę na szybszy powrót do codziennych czynności i normalnego funkcjonowania. Stomia to nie wyrok. Poradnie stomijne są po to, aby osoby z wyłonioną stomią w trudnych chwilach nie czuły się zdane tylko na siebie - mówi Agnieszka Wołowicz, pielęgniarka stomijna z poradni w Warszawie.

    Świadomość społeczna w zakresie stomii jest nadal niska. Wbrew powszechnej opinii stomia nie wyklucza spełniania się we wszystkich aspektach życia. Wyniki badania „Personel medyczny o komforcie życia stomików”, przeprowadzonego wśród pielęgniarek, wskazują, że 87% stomików odczuwa lęk przed stomią, a ponad połowa zmienia swoje plany życiowe. Tylko 49% pacjentów jest zawsze edukowana przed operacją wyłonienia stomii na temat konsekwencji, z jakimi się ona wiąże.

    - Stomik po wyjściu ze szpitala, musi pokonać wiele trudności. Często z powodu wstydu i obawy przed brakiem akceptacji nie ma osoby, do której mógłby się zwrócić ze swoim problemem. Poradnia stomijna jest miejscem, gdzie nie tylko spotka się ze zrozumieniem, ale także otrzyma specjalistyczne wsparcie ze strony psychologa. Placówki te pełnią kluczową rolę w procesie akceptacji nowej sytuacji życiowej - tłumaczy Andrzej Piwowarski, prezes Polskiego Towarzystwa Stomijnego POL-ILKO i współorganizator kampanii „STOMAlife. Odkryj stomię”.

    Poradnie stomijne powstają w ramach kampanii społecznej „STOMAlife. Odkryj stomię”. Jej celem jest walka z wykluczeniem społecznym dotykającym stomików, przełamanie tabu związanego ze stomią oraz edukacja pacjentów i społeczeństwa w zakresie faktów i mitów z nią związanych. Misją inicjatywy jest zbudowanie powszechnej akceptacji dla stomików, tak by bez obaw mogli powrócić do normalnej aktywności zawodowej i społecznej.

    W ramach kampanii na stronie www.stomalife.pl przedstawiane są historie pacjentów. Niektórym stomia znacząco poprawiła jakość życia, dzięki operacji wyłonienia stomii nie są przywiązani do ciągłego przebywania w domu, mogą realizować swoje pasje i marzenia. Poprzez odpowiednie działania edukacyjne, kampania ma zbudować zrozumienie i wsparcie społeczne dla stomików oraz pomóc w ich zaktywizowaniu. Na stronie prowadzone jest badanie, w którym stomicy mogą wypowiedzieć się na temat jakości swojego życia.

  • Nowa akcja Fundacji Rak’n’Roll: Photos for Life
    - W naszych kampaniach nieustannie walczymy ze schematami myślenia o chorobie nowotworowej. W ramach akcji „Photos for Life” razem z uczestnikami projektu chcemy przekazywać pozytywną energię i po raz kolejny pokazać, że rak to nie wyrok - mówi Jacek Maciejewski, Członek Zarządu fundacji Rak'n'Roll Wygraj Życie!
    Więcej
    - Mało kto wie, że ponad 60 procent chorych wygrywa walkę z rakiem. W naszych kampaniach nieustannie walczymy ze schematami myślenia o chorobie nowotworowej. W ramach akcji „Photos for Life” razem z uczestnikami projektu chcemy przekazywać pozytywną energię i po raz kolejny pokazać, że rak to nie wyrok - mówi Jacek Maciejewski, Członek Zarządu fundacji Rak'n'Roll Wygraj Życie! Charytatywny bank zdjęć photosfor.life działa na takiej samej zasadzie, jak inne banki fotografii – tyle że dochód z ich sprzedaży zasila konto Fundacji Rak’n’Roll. Modelami są chorzy, aktywnie walczący z chorobą i ci, którzy chorobę pokonali. Wśród autorów fotografii między innymi: Paweł Fabjański, Łukasz Ziętek, Jacek Poremba czy Karol Grygoruk. - Na zdjęciach przedstawiamy ludzi, którzy żyją z rakiem na co dzień, mają rodziny, marzenia i swój pomysł na życie. Ludzi, którzy emanują prawdziwą radością życia. Chcemy, żeby byli bardziej widoczni w przestrzeni publicznej i mogli inspirować innych – dodaje Maciejewski.
  • Przybylska
    Wszystkie portale podały informacje o śmierci uśmiechniętej Marylki ze „Złotopolskich”. 36 lat, rak trzustki. Trójka dzieci. W głowie się nie mieści: jak mógł odejść ktoś kto jest w czepku urodzony? I do tego w połowie życia?
    Więcej

    Życie jak z bajki - zdolna, śliczna, żona piłkarza. Niski głos kontrastował z filigranową sylwetką. Role kinowe - od komediowych po poważniejsze, od lepszych po słabsze. Na naszych oczach przeistoczyła się z pucułowatego dziewczątka w dorosłą kobietę. Oczy jak filiżanki zaczęły patrzeć dalej, wnikliwiej, mądrzej.

    Wszystkie portale podały informacje o śmierci uśmiechniętej Marylki ze „Złotopolskich”. 36 lat, rak trzustki. Trójka dzieci. W głowie się nie mieści: jak mógł odejść ktoś kto jest w czepku urodzony? I do tego w połowie życia? Aktorzy serialowi są jak znajomi z sąsiedztwa, widzowie przeżywają ich dramaty. Komentują, analizują, kręcą z niedowierzaniem głową, kiedy dzieje się coś złego. Znanym odbierany jest przywilej prywatności. Anna Przybylska sporo wysiłku musiała włożyć w to, by media bezkarnie nie rozdmuchiwały faktu jej chorowania. Słusznie bardzo nie chciała dołączyć do galerii twarzy celebrytów stygmatyzowanych chorobą nowotworową. Potrzebowała elementarnego minimum - spokojnej egzystencji towarzyszącej kwartałom między jedną operacją a chemią. I zdrowieniu - bo jestem pewna - ona i jej otocznie wierzyło, że wszystko zmierza do optymistycznego finału. Nie z takich onkologicznych tarapatów się wychodzi. Choroba minie, życie będzie pędzić dalej.

    Już kilka miesięcy temu tabloidy z hienią satysfakcją przedwcześnie uśmierciły Przybylską. Potem były sprostowania i wszechobecne zażenowanie. Po wiadomości o jej prawdziwej śmierci funeralny karnawał rozkręcił się na dobre. Dominuje militarna retoryka - „przegrać z rakiem”, „zostać pokonanym”, „walczyć” - szkodząca zarówno zdrowym, jak i chorym. Pierwszych przeraża, drugim odbiera nadzieję. Bliskich Przybylskiej dotyka. Ten podszyty cywilizacyjnym lękiem słownik zarezerwowany jest wyłącznie dla choroby onkologicznej. Pisała o tym u progu lat 70. ubiegłego wieku w autobiograficznym eseju „Choroba jako metafora” Susan Sontag- od tego czasu nic się nie zmieniło. Nie mówimy: przegrał walkę z cukrzycą. Czy: przegrał ze starością. Lub: przegrał walkę z autem (wypadek). Anna Przybylska nie przegrała - tak samo jak nie przegrało wielu jej rówieśników, matek, ojców, starszych czy młodszych. Śmierć jest częścią życia, a nie jakimś jego hybrydycznym przypadkiem, niepasującym do układanki elementem puzzle.

    Mogę się tylko domyślać ile lęku, żalu i bólu musiała pomieścić w sobie ta kobieta w ostatnich miesiącach. Ile rozmów przeprowadzić z mężem, rodzicami, córką i synkami. Skonfrontować się z ostatecznym. Nie biadolić, nie pouczać, nie rozsypać się psychicznie, wykorzystać każdą minutę do bycie z rodziną. Cieszyć się tym, co jest. Nie złościć się na los czy Boga. A może i biadolić i złościć się – miała do tego święte prawo. Pewnie się i bała. Pewnie wylała morze łez. Ale na pewno, na pewno nie przegrała.