1 lutego 2015 roku
poczta
zaloguj się
 
Poczet Lekarzy
medycyna praktyczna dla pacjentów

Chirurg onkolog Rzeszów

Parametry wyszukiwania:

 Wszyscy  A B C Ć Č D E F G H I J K L Ł M N O P Q R S Ś T U V W Y Z Ź Ż

Wyniki wyszukiwania

Lekarz Adam Chrzanowski

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

Lekarz Zbigniew Kmieć

Chirurg onkolog, Onkolog

Chirurgia onkologiczna, Onkologia kliniczna

Lekarz Tomasz Kusy

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

Lekarz Grzegorz Pasternak

Chirurg ogólny, Chirurg onkolog

Chirurgia ogólna, Chirurgia onkologiczna

Poczet Lekarzy zawiera wyłącznie wizytówki stworzone przez lekarzy. Jesteś lekarzem i nie ma Cię w bazie: stwórz wizytówkę!

Przeczytaj też

  • Kłopot z zielonymi kartami
    Ogłoszona trzy tygodnie temu reforma dopiero zaczyna faktycznie wchodzić w życie. Lekarze rodzinni, do których zadzwoniliśmy, wypisali do tej pory najwyżej jedno-dwa skierowania na badania diagnostyczne ze specjalnej "szybkiej" kolejki.
    Więcej

    Ogłoszona trzy tygodnie temu reforma dopiero zaczyna faktycznie wchodzić w życie. Lekarze rodzinni, do których zadzwoniliśmy, wypisali do tej pory najwyżej jedno-dwa skierowania na badania diagnostyczne ze specjalnej „szybkiej” kolejki pacjentom, u których chcą przyśpieszyć diagnostykę nowotworu.

    Wielu lekarzy POZ zielonych kart nie wypisywało jeszcze wcale. – System dopiero zaczyna działać. Niby mieliśmy możliwość wystawiania kart od 1 stycznia, ale każdy wie, co się działo – mówią.

    W tym kontekście nie dziwi więc sytuacja, że zaledwie 2 800 z kilkunastu tysięcy dotychczas wystawionych kart szybkiej diagnostyki i leczenia onkologicznego wypisali lekarze POZ. Oznacza to, że statystycznie co dziesiąty lekarz POZ wystawił jedną kartę. Ponad 70% kart wydano w szpitalach. Otrzymują je wszyscy pacjenci, którzy są leczeni onkologicznie. Pozwoli to szpitalom zwiększyć kontrakt z NFZ (diagnostyka w ramach „zielonej karty” nie jest limitowana), ale nie wpłynie zasadniczo na sytuację pacjentów.

    Na możliwość logowania się do systemu pozwalającego na wystawianie kart wpłynął protest lekarzy z początku roku. – Karty możemy wystawiać właściwie dopiero od poniedziałku. Wcześniej czekaliśmy na umowę i były do załatwienia sprawy techniczne. Trzeba tam wprowadzać różne numery, kody, ustalić swoje hasło dostępowe – opowiada lekarz z Lubuskiego, z okolic Zielonej Góry. – Z drugiej strony nie miałem jeszcze pacjenta, który takiej karty by potrzebował. Sami pacjenci też o nią nie pytają. W sumie, ja mam pod opieką dużą populację dzieci – dodaje.

    Podobnie jest w Krakowie. - U nas karta jeszcze nie zafunkcjonowała, ponieważ podpisywaliśmy aneks do umowy z Funduszem i nie mamy jeszcze numeru kontraktu z NFZ. Dopiero mając ten numer będziemy mogli ustalić sobie loginy i hasła i korzystać z aplikacji – mówi lekarka rodzinna. W tej przychodni pacjenci nie dostali jeszcze żadnej karty. - Obok nas są jeszcze dwa gabinety i jeszcze nikt nie wydał ani jednej karty. Myślę, że tak to wygląda w mniejszych przychodniach – mówi w rozmowie z mp.pl.

    W mniejszych przychodniach problemem jest niski poziom informatyzacji. - Pracuję w przychodni, w której nie mamy komputerów w gabinetach, a żeby wystawić i wydrukować kartę, potrzebny jest dostęp do Internetu. Najprawdopodobniej za drukowanie i wypełnianie karty będzie u nas odpowiedzialna jakaś komórka administracyjna – opowiada lekarz z okolic Wrocławia, który nie wystawił jeszcze żadnej karty.

    Lekarze czekają też na szkolenia. - Nie wystawiłem w tym roku jeszcze żadnej karty. Jesteśmy na etapie wprowadzania i szkoleń. W czwartek jadę na szkolenie do Urzędu Wojewódzkiego. Dopiero się uczymy, zastanawiamy jak do tego podejść, kto na tym zyska, a kto straci – dodaje inny lekarz rodzinny z okolic Grudziądza.

    W tej sytuacji bardzo trudno jest powiedzieć, czy zmiany mają rzeczywiście wpływ na pacjentów. W poradniach, do których zadzwoniliśmy, sporadycznie zdarzały się sytuacje, w których pacjent miał szansę „przetestować” system – tzn. sprawdzić, czy rzeczywiście zielona karta pozwala mu wykonać diagnostykę za darmo i bez czekania. Jak to działa w praktyce?

    - Pacjentka, której wystawiłem pierwszą kartę, miała wcześniej wyznaczony termin kolonoskopii i gastroskopii na marzec, czyli za dwa miesiące – opowiada Paweł Moździerz, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny rodzinnej z Libuszy (w Małopolsce) - Teoretycznie teraz, mając kartę onkologiczną, powinna mieć te badania wykonane szybciej. Chirurg onkolog stwierdził jednak, że nie jest jej to potrzebne. Oddał jej kartę i powiedział, żeby gastroskopię i kolonoskopię zrobiła w marcu.

    W tym wypadku system więc nie zadziałał. - Podejrzewam, że ten lekarz jeszcze nie miał pojęcia, jak działać, i się po prostu wystraszył pacjenta z tą kartą. Wysłałem tę pacjentkę do szpitala w sąsiedniej miejscowości. Jakie są jej dalsze losy, na razie nie wiem. Myślę, że specjaliści są jeszcze mniej zaznajomieni z funkcjonowaniem pakietu niż lekarze POZ. Oni nie mieli żadnych szkoleń na ten temat – dodaje Paweł Moździerz.

    Inaczej było w Krośnie (Podkarpacie). – Jedna z pacjentek została odesłana od specjalisty do lekarza rodzinnego z poleceniem „proszę przynieść kartę, zostanie pani przyjęta szybciej” – opowiada jedna z lekarek. Lekarka z Włodawy (Lubelskie): - Wiem, że pacjentka, której wystawiłam kartę, zgłosiła się do Centrum Onkologii, bo do mnie stamtąd dzwonili. Pacjentka została przyjęta, ale mieli problem z odszukaniem jej karty w systemie. W końcu się to udało – mówi.

    Pacjenci o karcie wiedzą mało, a jeśli o nią pytają, to ci, którym ona w zasadzie nie przysługuje. - Na przykład tacy, którzy chorują już na nowotwór od kilku czy kilkunastu lat – mówi lekarka z Torunia. – Tymczasem karta ma służyć przyspieszeniu diagnostyki u osób, u których podejrzewamy nowotwór. Takiego pacjenta najpierw kierujemy na badania wstępne, a jeśli one potwierdzą, że rozwija się proces nowotworowy, możemy wystawić kartę i skierować pacjenta do odpowiedniej poradni czy do Centrum Onkologii w Bydgoszczy, które mamy w regionie – tłumaczy.

    O tym, że po zieloną kartę zgłaszają się głównie pacjenci, którzy już są leczeni onkologicznie, mówi też Lesław Szot z Limanowej (Małopolska). - Jest dużo roszczeń osób, które są już zdiagnozowane i oczekują, że dostaną zieloną kartę, aby mieć pierwszeństwo w kolejce do zabiegu operacyjnego czy rozpoczętej już wcześniej diagnostyki. Wiadomo, że karta onkologiczna nie jest do nich adresowana. Służy rozpoznawaniu i diagnostyce różnicowej chorób nowotworowych. Ważne, aby pacjenci o tym wiedzieli i aby to narządzie nie było nadużywane – tłumaczy.

    Na szybszą diagnostykę liczą też pacjenci z innymi schorzeniami niż onkologiczne. – Pacjenci proszą, by wystawić im kartę pozwalającą na szybszą diagnostykę np. w przypadku bólów brzucha diagnozowanych w kierunku jelita drażliwego, które jest dość uciążliwą chorobą – mówi lekarz z okolic Krakowa.

    Obok spraw meretorycznych lekarze borykają się z trudnościami technicznymi. Pierwsza z nich to poprawne zalogowanie się w systemie. - 16 stycznia wystawiłam pierwszą, i na razie jedyną kartę – mówi lekarka z Włodawy. - Niestety nie obyło się bez trudności technicznych. Był problem z zalogowaniem, z tym, aby w systemie pojawiły się moje dane jako lekarza. Przy pomocy kolegów udało mi się z tym poradzić w ciągu dwóch dni. Także samo wystawienie karty nie wygląda tak prosto jak w reklamie. Jeśli ma się 10 minut na pacjenta, a w poczekalni kolejkę, to cały proces staje się dość skomplikowany.

    Pierwszą kartę udało mi się wypisać dopiero 20 stycznia, bo wcześniej nie miałam elektronicznego pliku umowy. Fundusz odesłał mi ją dopiero 19 stycznia, i to po tym, jak sama się upomniałam. Wcześniej moje dane nawet nie widniały w systemie, więc nawet nie miałam możliwości wypisania karty – opowiada Urszula Puskarz, lekarz ze Starych Bogaczowic (Dolnośląskie).

    Paweł Moździerz z Libuszy w Małopolsce: - Pierwszą kartę wystawiłem bez problemu, natomiast dzień później system wyrzucił mi komunikat, że nie jestem zatrudniony w swoim zakładzie. Oczywiście był to błąd systemu. Zgłosiliśmy ten problem informatykom z Funduszu w Krakowie. Powiedzieli: „nie pan pierwszy”. Po dwóch dniach znowu ruszyło – relacjonuje.

    Lekarze skarżą się na konieczność ręcznego wypełniania rubryk w karcie. - Samo wystawienie karty dla osoby, która ma trochę do czynienia z komputerem, nie jest problemem – mówi Paweł Moździerz. – Natomiast dużym minusem jest to, że wystawiając kartę, muszę sam wpisywać swoje imię, nazwisko i numer prawa wykonywania zawodu. Te informacje są już w systemie i po zalogowaniu powinny pojawiać się w odpowiednich rubrykach formularza. Także dane pacjenta powinny zostać uzupełnione automatycznie po podaniu jego numeru pesel. Wpisywanie tego to strata czasu - dodaje.

    Ten problem może rozwiązać NFZ lub firmy informatyczne dostarczające przychodniom programów do rozliczeń z Funduszem. - Oczekujemy, że karty będą wystawiane za pośrednictwem programów, z których korzystamy do rozliczeń z NFZ, a które teraz nie są do tego przystosowane. Teraz wypełnienie karty zajmuje sporo czasu – komentuje dr Lesław Szot z Limanowej.

    – Nowa wersja programu, z którego korzystamy w przychodni, ma współpracować z systemem DiLO. Teraz trzeba pobrać numer karty z ogólnego portalu i wpisywać do tego, którego używamy. To duże utrudnienie – opowiada lekarz z Małopolski.

    Są też błędy stawiające pod znakiem zapytania skuteczność całego systemu: - Niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego informacje dotyczące zleconej diagnostyki wypełniane są na karcie odręcznie dopiero po jej wydruku i tym samym nie będą później widoczne w systemie. Zawsze jest ryzyko, że pacjent kartę zgubi bądź nie weźmie jej ze sobą np. na wizytę u specjalisty bądź inną konsultację i wtedy lekarz nie będzie miał dostępu do kompletu informacji – ocenia Paweł Moździerz.

    - Trudno też nie wspomnieć o o odwiecznym problemie z odczytywaniem odręcznego pisma... – dodaje lekarka rodzinna z Krakowa. – Konieczność ręcznego uzupełniania karty to krok wstecz.

  • Syndrom pierwszej faktury
    W placówkach realizujących pakiet onkologiczny panuje nastrój wyczekiwania. - Nazwałbym to syndromem pierwszej faktury – mówi Medycynie Praktycznej dyrektor jednej z placówek. Objawy? Przede wszystkim natężenie myśli i pytań: "Zapłacą? Nie zapłacą? Ile zapłacą?".
    Więcej

    W szpitalach i poradniach realizujących pakiet onkologiczny panuje nastrój wyczekiwania. - Nazwałbym to syndromem pierwszej faktury – mówi Medycynie Praktycznej dyrektor jednej z placówek. Objawy? Przede wszystkim natężenie myśli i pytań: „Zapłacą? Nie zapłacą? Ile zapłacą?”. Bo choć pakiet onkologiczny obowiązuje od niemal czterech tygodni, ciągle więcej wokół niego jest pytań niż odpowiedzi.

    Z punktu widzenia NFZ problemu rozliczeń nie ma. - Świadczeniodawcy przedstawią sprawozdania w przewidzianym ustawowo czasie, na tej podstawie Fundusz wypłaci pieniądze za styczeń – mówi Agnieszka Gołąbek, rzecznik prasowy NFZ.

    Problem polega na tym, że system informatyczny, w którym mają być sprawozdawane świadczenia wykonywane w ramach pakietu, ciągle nie działa. – To można traktować jako niedogodność techniczną, ale problem polega na tym, że nie do końca wiemy, co w tych sprawozdaniach ma się znaleźć – tłumaczą menedżerowie placówek.

    Poczucie niepewności jest tym większe, że duża część szpitali i poradni zaangażowanych w pakiet onkologiczny w styczniu przeżywa prawdziwe oblężenie. Wyraźnie to widać zarówno w wielkich centrach onkologii (w gdańskiej placówce zdarzały się w pierwszym miesiącu roku takie dni, w których do rejestracji zgłaszało się 800-900 osób), jak i w mniejszych szpitalach. Gdzieniegdzie już zaczęły tworzyć się „kolejki w kolejkach” – np. do diagnostyki obrazowej. A placówki wstrzymują się z jakimikolwiek poważniejszymi decyzjami, dotyczącymi choćby zatrudnienia nowych specjalistów, do pierwszej płatności, jaką zrealizuje Fundusz. - Załóżmy, że znajdę jednego lub dwóch radiologów, żeby jeszcze wydłużyć czas funkcjonowania pracowni. A po dwóch miesiącach okaże się, że pracujemy dłużej, a pieniędzy jest mniej! - mówi menedżer średniej wielkości szpitala, w którym onkologia jest jedną z wiodących specjalizacji.

    Szpitale czekają na płatność za styczeń, ale tak naprawdę dopiero kolejne, za luty i marzec mogą okazać się tym momentem, w którym świadczeniodawcy powiedzą „sprawdzam!” Funduszowi i ministrowi zdrowia. Zgodnie z założeniami pakietu onkologicznego, jeśli nie zostanie dotrzymany termin 9 tygodni od wstępnego rozpoznania do wdrożenia leczenia, NFZ zapłaci za takiego „pakietowego” pacjenta mniejszą stawkę. A już w tej chwili widać, że zmieszczenie się w 9 tygodniach może być, przynajmniej w niektórych chorobach onkologicznych, niewykonalne.

    Chęć wyjścia z pakietu onkologicznego zadeklarowali m.in. hematolodzy w Poznaniu, dosadnie argumentując, że w żaden sposób nie mogą spełnić obietnic ministra zdrowia. Klinika Hematologii i Transplantacji Szpiku Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego w Poznaniu jest tak oblężona, że na przyjęcie do szpitala pacjenci – ci bez zielonej karty – muszą czekać nawet trzy miesiące, a w poradni są zapisywani nawet na 2016 rok. W tej sytuacji honorowanie zielonej karty oznaczałoby, że kolejka już oczekujących na przyjęcie do szpitala czy na konsultacje jeszcze się wydłuży. A ponieważ klinika jeszcze na początku drugiej dekady stycznia nie miała podpisanego kontraktu na leczenie onkologiczne, decyzja o wyjściu z pakietu byłaby raczej formalnością.

    Z naszych informacji wynika jednak, że nie tylko w Poznaniu i nie tylko hematolodzy rozważają swoją przyszłość w pakiecie. Przynajmniej w kilku placówkach specjalizujących się w leczeniu onkologicznym trwają obliczenia, co opłaca się bardziej: pozostać w pakiecie, móc leczyć pacjentów bez limitów, ale też ryzykować, że w razie przekroczenia terminu 9 tygodni NFZ zetnie i tak niskie stawki za wykonane świadczenia, czy też realizować leczenie onkologiczne na zasadach sprzed 1 stycznia 2015 roku.

    - Co prawda stawki za świadczenia byłyby takie same, ale Fundusz nie miałby podstaw prawnych do ich obniżania, jeśli pacjent byłby diagnozowany dłużej – mówi nam jeden z dyrektorów. Pozostaje tylko pytanie o nadwykonania. Do tej pory NFZ płacił za nadwykonania w onkologii bez żadnych protestów, ponieważ są to procedury ratujące życie. Płacił z opóźnieniem, ale szpitale nie musiały nawet grozić sądem. Jak byłoby teraz, gdy limity zostały oficjalnie zdjęte przez ministra zdrowia – ale tylko w tych placówkach, które przystąpią do pakietu?

    - Być może potrzebny byłby jeden czy dwa procesy sądowe, ale nie sądzę. Prawo do leczenia onkologicznego zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, do leczenia ratującego życie, przysługuje pacjentowi, a nie placówce medycznej. Sądy już nie raz zabierały głos w tej sprawie. Fundusz musiałby płacić tak, jak do tej pory – przewiduje mój rozmówca.

  • One

    Papierkiem lakmusowym dla kondycji relacji jest to, jak ci, którzy opiekują się chorującym będą umieli się zachować. Ile wykrzeszą odporności – psychicznej i fizycznej. W gmatwaninie emocjonalnych doznań nie stracą cierpliwości i zwykłego ciepła. I jeszcze nie przestaną wierzyć, że się coś w tej sytuacji zmieni na lepsze. Choć wszyscy wkoło kraczą, że słuchać się nie da. I jeszcze same nie pójdą na dno paraliżującego smutku. Bedą dalej pracować. Nie dadzą się zapiąć w kostium „wiecznej wdowy”. Pozbierają się po wielkiej stracie.

    Więcej

    Istnieją przypuszczenia, że powodem był uraz doznany w dzieciństwie. Jako chłopiec spędzał wakacje w podpoznańskiej wsi. Szwagier gosposi, u której mieszkał, miał kuźnię. Sześciolatek z fascynacją przypatrywał się pracy kowala. W lipcu roku 1952 opiłek metalu, wyprysły spod kowalskiego młota, utkwił w skroni i pomimo późniejszych chirurgicznych prób okazał się nieusuwalny. Nikt jednak nie da głowy, że to było przyczyną Parkinsona, który zaczął się rozwijać trzy dekady później. W nieszczęściu miał szczęście: wspaniałą żonę. Wszystkie książki poetyckie Stanisława noszą dedykacje: "Ani". Tzn. prawie wszystkie: "Ja wiem, że to niesłuszne" z roku 1977 poświęcona jest Matce i Synowi. Stanisław Barańczak zmarł w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia.

    Dwa dni wcześniej odszedł Krzysztof Krauze. Symbolicznie – w Wigilię. Chorował na, „wstydliwą męską chorobę”. Czyli raka prostaty. Leczył się w Polsce, potem w RPA. O raku potrafił mówić otwarcie: zaniedbał zdrowie, zignorował zalecenia onkologa. Opamiętał się kiedy rak szalał w jego ciele na dobre. 9 lat żyli razem: on i rak. Oswoił go. Podobno złagodniał. Podobno pogodził się z losem. Podobno potrafił oddzielić istotne od banalnego. Na pewno kręcił filmy wspólnie z żoną, Joanną Kos-Krauze. „Mój Nikifor” był wydarzeniem, „Plac Zbawiciela” uchodzi za psychologiczny majstersztyk. Kontrowersyjna „Papusza” widownię już podzieliła. Od lat dopieszczali scenariusz inspirowany opowiadaniem Wojciecha Albińskiego „Ptaki śpiewają w Kigali”. Rzecz o ludobójstwie w Rwandzie, tym najbardziej spektakularnym, z roku 1994. Teraz już samodzielnie wyreżyseruje go Joanna. Identycznie jak operowe dzieło męża, zmarłego na raka płuc niemieckiego reżysera Christopha Schlingensiefa, kontynuowała jego żona, Aino Laberenz.

    Nie żyły w cieniu mężów, robiły swoje. Anna Barańczakowa – wykładała na Harvardzie, Joanna Kos-Krauze kręciła kiedyś filmy dokumentalne. To wiemy z oficjalnych biogramów. Domyślać się tylko możemy ich heroicznej aktywności w trakcie choroby mężów. Pilnowania terminów zabiegów. Dbania o dietę. Niełatwych dialogów. Czytania wyników. Szukania nowych możliwości leczenia. Anna Barańczak opiekowała się Stanisławem ponad 30 lat. Bezsenne noce śmiem przypuszczać są kroplą w oceanie lęku o najbliższego człowieka. Joanna podporządkowała pracę chorobie męża. Tzn. dzielili się obowiązkami – te które były niemożliwe lub niebezpieczne dla Krzysztofa, przejmowała ona.

    Papierkiem lakmusowym dla kondycji relacji jest to, jak ci, którzy opiekują się chorującym będą umieli się zachować. Ile wykrzeszą odporności – psychicznej i fizycznej. W gmatwaninie emocjonalnych doznań nie stracą cierpliwości i zwykłego ciepła. I jeszcze nie przestaną wierzyć, że się coś w tej sytuacji zmieni na lepsze. Choć wszyscy wkoło kraczą, że słuchać się nie da. I jeszcze same nie pójdą na dno paraliżującego smutku. Bedą dalej pracować. Nie dadzą się zapiąć w kostium „wiecznej wdowy”. Pozbierają się po wielkiej stracie.